Nie ma zaś stworzenia silniej marzącego o lataniu niż słoń. Zamiast skrzydeł przypadły mu jednak w udziale wielkie uszy, i to z nich raczej, niż z wyśnionych skrzydeł, słoń zwykł robić użytek. Zasłuchanie więcej odkrywa ze świata muzyki niż pobieżne spojrzenie z lotu ptaka. Słoń zatem nadstawia ucha, jednocześnie nie przestając marzyć o lataniu.
Nie uwierzę, jeśli waszym pierwszym pytaniem nie było: "co to za tytuł, do cholery?!?".
Mniemam powyższe, gdyż rzadko zbiegają się drogi fanów muzyki alternatywnej (dzisiaj każda muzyka jest alternatywna, co w sumie, w jakiś pokrętny sposób, jest prawdą, Tomasz Niecik to przecież jakaś alternatywa wobec, powiedzmy, Świetlików) ze ścieżkami fanów koszykówki z lat 90 (ci drudzy z pewnością znają bezbłędny blog mercymercyjeromekersey.wordpress.com - dla tego bloga nie ma alternatywy). Tak się składa, że we mnie te dwie ścieżki mocy się zbiegają. I piosenką zainteresowałem się po raz pierwszy właśnie ze względu na ten tytuł.
Ten tytuł to nie randomowa czy dadaistyczna zbitka przypadkowych liter, to prawdziwe imię i nazwisko pewnego Niemca. Na początku lat dziewięćdziesiątych dobrzy gracze NBA z Europy byli gatunkiem niezaistniałym, przykładowym wyrażeniem (podobnie jak np. jednorożec) będącym budulcem zdań, o których fałszywości lub prawdziwości z punktu widzenia logiki formalnej nie można rozstrzygać. Powiedzieć "Gracz z Europy rzucił 30 punktów w meczu" nie było ani prawdą ani fałszem - po zbiór elementów "dobry gracz z Europy" nigdy nie istniał. No, ok, w latach 90' kilku niezłych graczy można by odnaleźć. Tym bardziej, jako przedstawiciele gatunku fantasy, byli łatwi do zapamiętania.
Jednym z nich był właśnie pięknie nazwany przez opatrzność Detlef Schrempf, pochodzący z Leverkusen, słynący z dobrego rzutu z dystansu, gracz klasy dwukrotnego występu w Meczu Gwiazd NBA. Nigdy nie dochodziłem skąd wzięli się Band of Horses. Ale piosenkę mógł w taki sposób nazwać tylko zespół z Seattle...
Gdy w 2007 zespół wydawał Cease to Begin nie było ich w stanie Waszyngton. Po przetasowaniach personalnych lider grupy, Ben Bridwell, przeniósł zespół do jego rodzinnej Południowej Karoliny. W rok później, w wyniku sporu z władzami miasta drużyna koszykówki również wyniosła się z miasta ( i być może nigdy więcej nikt nie zarapuje Not in Our House, z dużą korzyścią dla muzyki - dla ciekawych link: Not in Our House Tak przy okazji, ten sztywny białas to nie Detlef). Miasto na obu wyprowadzkach wiele straciło, chociaż nigdy nie był to Disneyland - słynące z koszmarnej pogody i deszczy znad Pacyfiku jest od dawna bodajże najbardziej depresyjnym dużym miastem USA. I tak po prawdzie właśnie z tym aspektem jest ono kojarzone w Polsce, a to dzięki romantycznej komedii Bezsenność w Seattle (jakie to nietypowe dla tamtych lat', że tłumacząc na język polski hollywódzki tytuł tłumacz postanowił pozostać przy wiernym tłumaczeniu. Oczywiście to nie zawsze rozwiązanie, o czym świadczy mój ulubiony przykład: Nowhere to Run z Jean-Claudem Van Dammem oglądaliśmy jako Uciec, ale dokąd). I z tej dennej, depresyjnej wersji skądinąd pięknego utworu Nata King Cole'a w wykonaniu Celine Dion i Clive'a Griffina...
(partner pięknej Celiny nie zrobił większej kariery w show-businessie. Wydał trzy płyty solowe, dał się poznać jako muzyk sesyjny m.in. dla Take That. Ale moją ulubioną kolaboracją Clive'a jest wokalne pokazania pazura wraz z big-bandem nazwanym... Bandzilla. Pomimo tej nazwy oglądając materiał z ich koncertu tak trudno mi się zdecydować, co najbardziej mnie śmieszy: sam Clive chcący podrabiać niedoścignionego Ricka Astleya, pióropusze na wąsiastej sekcji dętej czy żywiołowość publiki, której było mniej niż samych członków zespołu... Bandzilla vs. Clive Griffin )
Ale wracając do Detlefa to muszę przyznać, że to co się zdarzyło wokół tej piosenki to piękna historia. Otóż dzięki tej piosence, która jako roboczy tytuł otrzymała po prostu Detlef, gdyż była związana "ze sprawami z Seattle" (akurat w tekście piosenki są one przedstawione bardziej uniwersalnie), i które to skojarzenie utrzymało się jako oficjalna nazwa utworu, liderowi zespołu dane było zaprzyjaźnić się z najprawdziwszym Detlefem Schrempfem, któremu sama piosenka bardzo się spodobała. Panowie utrzymują kontakt mejlowy, Detlef jest już od dawna na sportowej emeryturze, a zespół nagrywa dalej. W zeszłym roku wydali akustyczną płytę z zapisu dwóch koncertów w Nashville, Acoustic at the Ryman, a "koszykarska" piosenka w nowej aranżacji nabrała dodatkowej szlachetności.
A gdzie wspomniana w nagłówku fenomenologia? A tak jakoś mi się skojarzyło z tekstem Detlefa
The town is gonna talk, but these people do not See things through to the very minimal
I na zakończenie tekstu opartego na grze skojarzeń, staroć z którą zawsze łączę Band of Horses.
„O, te
błękity mrożące oddech zatchnieniem strachu,
o, te
zielenie zieleńsze od ździwienia,
o, te
preudia i świergoty kolorów dopiero poczętych (...)”
Sanatorium
pod Klepsydrą, Bruno Schulz
„Blue
eyes
Baby's got
blue eyes
Like a deep
blue sea
On a blue
blue day”
Blue Eyes,
Elton John
W
jaki sposób śnisz? Nie, nie pytam: gdzie sypiasz ani o czym śnisz.
Pytam raczej „jaka jest materia twoich snów”? Lub, jeśli tak
wolisz, „jakimi nićmi go, ten sen, tkasz”?
Czy
naprawdę słyszysz we śnie dźwięki? A może to tylko świadomość,
że słyszysz? Czy czujesz we śnie ciepło, gdy kogoś dotykasz? A
kolory? Widzisz je tak jak w życiu? A może rzeczywistość ze snu
jest bezbarwna? Lub w czerni i bieli? W odcieniach szarości ołówka
brudzącego papier? Może twój sen to nie seans filmowy lecz pustka z
której czasem wyłoni się melodia, słowo lub niema twarz?
Czy
zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tworzywem odwiedzających cię
snów? Czy obejrzałeś je kiedykolwiek dokładnie w świetle dnia,
podnosząc szklaną kulę marzeń ku słońcu?
*
Wyjeżdżając
na rok do Niemiec, wtedy, lata temu, bardzo chciałem wierzyć w
zwyczajność tej przeprowadzki. „O, to jakby przejść do drugiego
pokoju który od dawna stoi pusty, ale przecież cały czas był
częścią domu”. To przecież tak blisko. Całość była dobrze
zorganizowana, data powrotu i wysokość dofinansowania ustalona. Te
kilka książek to aż nadto, ubrań też starczy. I wspomnień,
chciałem wierzyć.
Pomyliłem
się. Tęskniłem, żyłem moim miastem, żyłem własną
przeszłością. I choć dziś te dni nad Renem wspominam jako proste
i miłe, to wówczas nie potrafiłem wytrzymać w ich pustce dłużej
niż dwa tygodnie. Podróżowałem. Wracałem, szukałem domu.
Znajdowałem tylko krótkie chwile zawodu – to, co pragnąłem
odnaleźć i odzyskać, już nie istniało. Nie potrafiłem tylko
zrozumieć czego tak naprawdę szukam. Widmo, widmo krążyło po
moim małym, śmiesznym świecie.
*
Śnię
będąc wolnym od kolorów. I tak jak nie słyszę głosów, a
jedynie pojmuję co do mnie mówią zmory ze snów, tak samo znam
tylko róznice pomiędzy barwami, nie widząc ich przy tym.
Jest
jeden wyjątek. To wspomnienie letniego popołudnia na czarnogórskim
wybrzeżu, skalnego klifu porośniętego miniaturowymi, poskręcanymi
od słonego wiatru drzewkami. Klifu, na którym spaliśmy zwróceni
twarzami ku jasnemu morzu. Wtedy to, na chwilę przed zaśnięciem,
musiał wlać się pod powieki ten błękit – jasny, czysty refleks
rozbłyskującej słońcem wody.
I
śniłem potem ten kolor, akwamarynę cudzych snów.
I
śniłem tylko ten kolor – nie było już skał, przyjaciół, mnie
ani nawet morza. Kolor był światem. To był mój najpiękniejszy
sen.
Sen
powtórzył się i zniknął. Później, przez lata, brakowało mi
go. Aż powrócił do mnie pewnej nocy w Niemczech. Przyniósł ze
sobą tęsknotę, która przewyższała mój Heimweh,
jednocześnie go, ten „ból za domem”, wzmacniając. Odtąd
tęskniłem również za morzem, za morskim wybrzeżem. Nie
rozumiałem: czy to Adriatyk czy morze w ogóle? Odpływ morza w
zachodnio-północnej Anglii, gdzie siadałem na wilgotnym,
odsłoniętym dnie i wpatrywałem się jak dziecko w gwiazdy? Minęła
zima, dwa razy siadałem na plaży i patrzyłem na horyzont. Bez
skutku. Nie potrafiłem pojąć tej tęsknoty póki się wypaliła.
Siedząc nad morzem nadal za nim tęskniłem, za tamtym błękitem.
*
Atmosfera
przed koncertem była, krótko mówiąc, nieszczególna. Jasne
światła i brak muzyki, nieobecność supportu. Dwie dziewczyny
czytające przy sąsiednim stoliku grube tomiszcza wzbudziły nasze
zainteresowanie. Po kilku żartach z czytelniczek zaproponowałem, że
przyniosę z szatni biografię Tołstoja, którą akurat miałem ze sobą. Zrobiło się przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że zespół
wchodził na scenę przy pustej widowni – nie mieliśmy możliwości
zareagować na czas.
Sorry
Boys grali w Olsztynie po raz pierwszy, co w trakcie koncertu
kilkukrotnie podkreśliła Bela Komoszyńska, wokalistka zespołu.
Chcieli więc zaprezentować materiał ze swojego debiutu z 2010
roku, „Hard Working Classes”, słusznie podejrzewając, że nie
wszyscy mięli okazję go poznać. Utwory z pierwszej płyty zostały
zagrane mocniej, bardziej motorycznie w porównaniu z materiałem
studyjnym. Była to głównie zasługa perkusisty, Maćka Gołyźniaka,
nietypowo ustawionego „na pierwszej linii” na scenie (czy ktoś
jeszcze pamięta występ Caribou na Offie?). To on wyrósł na
pierwszego lidera grupy. Czy zamieszczone na fejsie w dzień koncertu
zdjęcie „świętego Macieja” miało stać się najlepszą
zapowiedzią i podsumowaniem wieczoru?
Tak
to wyglądało jedynie do czasu piosenki otwierającej zeszłoroczne
„Vulcano” - Evolution (St.Tersesa).
Od tego momentu liczyła się tak naprawdę tylko ona, Bela.
Evrything
started when Dagny was dancing.
*
„Tak,
prosta historia, w sumie jedno podanie ręki, przewrócone jedno
domino. I stało się już więcej niż nic. Wracam do początku.”
Zobaczyłem
ją na koncercie. Grała z zespołem w małym pubie. Pub był
„rodzinny”, prawie wszyscy się znali. Wspólny znajomy, poznałem
jej imię. „Tak, prosta historia...” napisałem do niej w jakiś
czas później, wysłałem piosenkę. Odpisała. O inwazji
świerszczy, zbiegów z terrarium współlokatorki. Spotkaliśmy się,
trochę zbyt długo rozmawialiśmy. Innego wieczoru, w pubie w którym
ją po raz pierwszy zobaczyłem, pocałowała mnie za głośnikiem.
Pojechaliśmy na dzień nad morze. Pod jej łóżkiem znalazłem
marrtwego świerszcza. Prosta historia. Zakochałem się.
Black
is the colour of my true love's hair
Her face
is so sof and wonderous fair
The
purest eyes and the strongest hands
I love
the ground on where she stands
I love
the ground on where, on where she stands
*
O
ile dobrze to zrozumiałem, to można za św. Augustynem powiedzieć,
że jedyne dostępne dla nas za życia przeczucie czym może być,
czym jest, wieczność, zdarzyć się może jedynie „w mgnieniu
oka”, w pełnej znaczeń najkrótszej z chwil. Wiele razy starałem
wrócić do tamtego popołudnia nad morzem, przytulić twarz do
ciepłego piasku. Chciałem, pragnąłem by była to ta jedna z tych
najrzadszych chwil.
Zgrzani
od godzin w autokarze leżeliśmy na gorącym piasku i oddychaliśmy
lekką bryzą znad spokojnego morza. Zdjęłą bluzkę; jej skóra
skrzyła się bielą. Nie mogła być piękniejsza, drobne ziarenka
piasku na jej piegowatych ramionach, pod moimi dłońmi, pomiędzy
nimi a jej skórą. Uśmiechała się. Zamknąłem oczy, lecz jasność
dnia nie zniknęła. Leżeliśmy obok siebie, zadowoleni i spokojni.
I to jedne, najważniejsze spojrzenie jej oczu w którym było już,
w którym mogło być, w którym chciałem by było, spełnienie.
Spełnienie, a nawet to, co je przekracza. Tak krótko i tak wiele. I
pamiętaj, że mówię o sobie.
Już
rozumiesz za czym tak tęskniłem?
*
Są
osoby, które nie potrafią się przekonać do Sorry Boys właśnie z
powodu jej głosu. „Zbyt krzykliwe jak dla mnie”, słyszałem.
Na „Vulcano” ładna barwa głosu podkreślona jest głębią
produkcji, sposób prowadzenia muzycznej opowieści jest dynamiczny i
emocjonalny.
Dla
mnie ten „wulkaniczny szeptokrzyk” Beli jest zwyczajnie, bo brak
mi innych słów, piękny i świetnie współgra z muzyką.
„Szeptokrzyk”? Nie mam tu na myśli prawdziwego szeptu, którego
wcale nie tak wiele w piosenkach z drugiej płyty. Jego wyjątkowość
polega na zadziwiającym kontraście – gdy Bela śpiewa głośno i
silnie, emocje są szeptane; gdy śpiewa ciszej i spokojniej, jest w
tym coś z krzyku. Łatwo zgubić się w trakcie i dać ponieść
się tym wręcz religijnym uczuciom wokalistki, opisanym kiedyś
przez Hölderlina:
„gdy burzliwy czas/ gwałtownie zbyt ogarnie umysł mój, i bieda,
i obłęd/ Pośród śmiertelnych moim śmiertelnym życiem
wstrząśnie/ Niech wtedy o ciszy twojej głębi pomyślę”.
Przesadzam?
Być może, choć naprawdę tak myślałem w trakcie koncertu. I
czuję, że mam tu z tego powodu pewien dług do spłacenia.
Po
co przekonywać przekonanych? Gdy dźwięki klawiszy rozpoczęły
Back to Piano,
a wokalistka stanęła za mikrofonem wyprostowana i skupiona, liczył
się już tylko ten głos. No, może nie całkiem, Zaskoczeniem był
dla mnie żywy ruch sceniczny liderki zespołu – w
charakterystycznym dla siebie tańcu (który w bardziej rytmicznych
momentach miał w sobie coś z obłąkańczego marszu Iana Curtisa,
ale który częściej miał w sobie po prostu wiele kobiecości)
potrafiła utrzymać kontakt z publicznością , czasami uwodząc
spojrzeniem, czasami jakby prosząc o zrozumienie. Ten taniec nie
pozwalał oderwać od niej wzroku.
Nie
obyło się bez jeszcze jednej niespodzianki. Tak jak w trakcie
śpiewania polskojęzycznej Zimnej
wojny zmienia się
barwa jej głosu, tak i w przerwach pomiędzy utworami znikała
wokalistka Sorry Boys i pojawiałą się trochę nieśmiała,
spokojna kobieta, która z lekkim niepokojem zgodziła się po
koncercie zapozować do zdjęcia ze mną i moim Tołstojem.
*
Przypływ,
tak to sobie tłumaczyłem. Przypływ i odpływ. Morze samo ustąpi,
tak jak i pustka po tamtej chwili. Wrócę do domu, do zawieszonej na
ścianie reprodukcji „Plaży w Pourville”, wrócę do tamtego
popołudnia w Czarnogórze, do tamtego dnia nad Bałtykiem. Na
próżno.
Rok
zajęło mi odkrycie, że tęsknota za morzem była nostalgią za
domem w kształcie, w jakim go zostawiałem tamtej jesieni – za
tamtym bezpieczeństwem, za własnym mieszkaniem, za straconą
miłością, za tymi godzinami nad Bałtykiem. Akwamaryna była dla
mnie kolorem utraconego czasu.
*
„Prawdziwą
fabryką nostalgii jest jednak czas, który z każdego czyni
emigranta (…) Wylądowałeś w nieznanym miejscu, nigdy nigdy nie
opuściwszy tego dobrze znanego. Odbywając w pamięci podróż
powrotną musisz się pogodzić z tym, że bardzo wiele istnieje
jedynie w twoich wspomnieniach”.
*
Św.
Jan od Krzyża wziął od św. Augustyna trójpodział władz duszy -
rozum, pamięć i wolę. Na tym podziale zbudował swój system
mistyczny, w którym trzem władzom duszy odpowiadają trzy cnoty
teologiczne – wiara, nadzieja i miłość. Każdy spotyka się w
swoim życiu z sytuacją, gdy jedna z władz duszy rakowacieje i
rozrastając się ponad miarę, powoduję utratę równowagi i budzi
poczucie straty czy też pustki. Na każdą z władz jest jednak
remedium: na rozum – wiara, na pamięć – nadzieja, na wolę –
miłość.
*
Dzisiaj,
gdy niechętnie obracam tamtą chwilę w palcach, pada śnieg i
szparami okien ciągnie mróz. Do morza mam tą samą, kilkugodzinną
odległość jazdy autobusem. Nie wybieram się tam. Chwila na plaży
jest szczelnie zamknięta w szklanej kuli, w której, gdy ją
obrócić, zamiast śniegu prószy się drobny piach i prześwieca
letnie słońce. Nie walczę jednak z nim, nie nawołuję w lesie
pamięci. Powodem dla którego wspomnienie powróciło był koncert.
I
choć śmieję się gdy mówię „zakochałem się”, zauroczyłem
na moment, na czas trwania oddechu, to tak naprawdę cieszę się z
tego zachwytu, który jak przed laty, zbudził mnie w ciemnościach
nad ranem i pozwolił zasnąć dopiero w pełnym świetle dnia.
By
żyć w czasie musiałem niechętnie zrezygnować z tamtej chwili,
tamtego snu o wieczności. Zapomniałem tamto spojrzenie – jej oczy
są dziś puste, nie czuję już ciepła nadmorskiego piasku.
Pamiętam przez chwilę ciemny brąz innych oczu, obraz który
niedługo sam rozpłynie się w wiosennym powietrzu lub zastąpi je
inny kolor – zieleń, szarość, czerń... Wszystko kiedyś
powraca. Znów znajdę się w tamtej chwili. W swoim czasie.
Bo
wszyscy ci, którzy – jak powiedział G.Santayana w trochę innym
kontekście – nie przypominają sobie przeszłości, skazani są na
to, by ją przeżyć raz jeszcze.
*
Oczywiście
relacja z koncertu nie była w pełni obiektywna, nie mogła taką
być. Nie chcę jednak by powstało mylne wrażenie, że był to
najlepszy koncert jaki widziałem, ani że Sorry Boys są moim
ulubionym zespołem. Muzyce towarzyszą bardzo różnorodne emocje i
nie warto tego negować.
Zespół
umieszczam jednak w mojej muzycznej konstelacji. To, że niektóre
gwiazdy świecą najjaśniej na wieczornym niebie, nie wyczerpuje ich
istoty. Fale świetlne to tylko niewielka część zakresu fal
elektromagnetycznych, a wiele mniej jasnych gwiazd promieniuje równie
silnie – trudno to jednak określić pobieżnym spojrzeniem. Czas
pomoże ocenić jak silnie ich muzyka będzie na mnie oddziaływać.
A
koncerty, zakochania i sny? Czy mają ze sobą coś wspólnego?
Trawestując Brunona Schulza, odpowiem tak: