czwartek, 27 lutego 2014

one tusk (historia jednej piosenki): Band of Horses - Detlef Schrempf

NBA, fenomenologia i przyjaźń



Band of Horses - Detlef Schrempf

Nie uwierzę, jeśli waszym pierwszym pytaniem nie było: "co to za tytuł, do cholery?!?".
Mniemam powyższe, gdyż rzadko zbiegają się drogi fanów muzyki alternatywnej  (dzisiaj każda muzyka jest alternatywna, co w sumie, w jakiś pokrętny sposób, jest prawdą, Tomasz Niecik to przecież jakaś alternatywa wobec, powiedzmy, Świetlików) ze ścieżkami fanów koszykówki z lat 90 (ci drudzy z pewnością znają bezbłędny blog mercymercyjeromekersey.wordpress.com - dla tego bloga nie ma alternatywy). Tak się składa, że we mnie te dwie ścieżki mocy się zbiegają. I piosenką zainteresowałem się po raz pierwszy właśnie ze względu na ten tytuł.

Ten tytuł to nie randomowa czy dadaistyczna zbitka przypadkowych liter, to prawdziwe imię i nazwisko pewnego Niemca. Na początku lat dziewięćdziesiątych dobrzy gracze NBA z Europy byli gatunkiem niezaistniałym, przykładowym wyrażeniem (podobnie jak np. jednorożec) będącym budulcem zdań, o których fałszywości lub prawdziwości z punktu widzenia logiki formalnej nie można rozstrzygać. Powiedzieć "Gracz z Europy rzucił 30 punktów w meczu" nie było ani prawdą ani fałszem - po zbiór elementów "dobry gracz z Europy" nigdy nie istniał. No, ok, w latach 90' kilku niezłych graczy można by odnaleźć. Tym bardziej, jako przedstawiciele gatunku fantasy, byli łatwi do zapamiętania.

Jednym z nich był właśnie pięknie nazwany przez opatrzność Detlef Schrempf, pochodzący z Leverkusen, słynący z dobrego rzutu z dystansu, gracz klasy dwukrotnego występu w Meczu Gwiazd NBA. Nigdy nie dochodziłem skąd wzięli się Band of Horses. Ale piosenkę mógł w taki sposób nazwać tylko zespół z Seattle...




Gdy w 2007 zespół wydawał Cease to Begin nie było ich w stanie Waszyngton. Po przetasowaniach personalnych lider grupy, Ben Bridwell, przeniósł zespół do jego rodzinnej Południowej Karoliny. W rok później, w wyniku sporu z władzami miasta drużyna koszykówki również wyniosła się z miasta ( i być może nigdy więcej nikt nie zarapuje Not in Our House, z dużą korzyścią dla muzyki - dla ciekawych link: Not in Our House Tak przy okazji, ten sztywny białas to nie Detlef). Miasto na obu wyprowadzkach wiele straciło, chociaż nigdy nie był to Disneyland - słynące z koszmarnej pogody i deszczy znad Pacyfiku jest od dawna bodajże najbardziej depresyjnym dużym miastem USA. I tak po prawdzie właśnie z tym aspektem jest ono kojarzone w Polsce, a to dzięki romantycznej komedii Bezsenność w Seattle (jakie to nietypowe dla tamtych lat', że tłumacząc na język polski hollywódzki tytuł tłumacz postanowił pozostać przy wiernym tłumaczeniu. Oczywiście to nie zawsze rozwiązanie, o czym świadczy mój ulubiony przykład: Nowhere to Run z Jean-Claudem Van Dammem oglądaliśmy jako Uciec, ale dokąd). I z tej dennej, depresyjnej wersji skądinąd pięknego utworu Nata King Cole'a w wykonaniu Celine Dion i Clive'a Griffina...



(partner pięknej Celiny nie zrobił większej kariery w show-businessie. Wydał trzy płyty solowe, dał się poznać jako muzyk sesyjny m.in. dla Take That. Ale moją ulubioną kolaboracją Clive'a jest wokalne pokazania pazura wraz z big-bandem nazwanym... Bandzilla. Pomimo tej nazwy oglądając materiał z ich koncertu tak trudno mi się zdecydować, co najbardziej mnie śmieszy: sam Clive chcący podrabiać niedoścignionego Ricka Astleya, pióropusze na wąsiastej sekcji dętej czy żywiołowość publiki, której było mniej niż samych członków zespołu... Bandzilla vs. Clive Griffin )

Ale wracając do Detlefa to muszę przyznać, że to co się zdarzyło wokół tej piosenki to piękna historia. Otóż dzięki tej piosence, która jako roboczy tytuł otrzymała po prostu Detlef, gdyż była związana "ze sprawami z Seattle" (akurat w tekście piosenki są one przedstawione bardziej uniwersalnie), i które to skojarzenie utrzymało się jako oficjalna nazwa utworu, liderowi zespołu dane było zaprzyjaźnić się z najprawdziwszym Detlefem Schrempfem, któremu sama piosenka bardzo się spodobała. Panowie utrzymują kontakt mejlowy, Detlef jest już od dawna na sportowej emeryturze, a zespół nagrywa dalej. W zeszłym roku wydali akustyczną płytę z zapisu dwóch koncertów w Nashville, Acoustic at the Ryman, a "koszykarska" piosenka w nowej aranżacji nabrała dodatkowej szlachetności.

A gdzie wspomniana w nagłówku fenomenologia? A tak jakoś mi się skojarzyło z tekstem Detlefa

The town is gonna talk, but these people do not
See things through to the very minimal
I na zakończenie tekstu opartego na grze skojarzeń, staroć z którą zawsze łączę Band of Horses.





środa, 19 lutego 2014

UNTIL THE COLOURS RUN/ koncert Sorry Boys w Olsztynie (23.01.2013)



„O, te błękity mrożące oddech zatchnieniem strachu,
o, te zielenie zieleńsze od ździwienia,
o, te preudia i świergoty kolorów dopiero poczętych (...)”

Sanatorium pod Klepsydrą, Bruno Schulz

„Blue eyes
Baby's got blue eyes
Like a deep blue sea
On a blue blue day”

Blue Eyes, Elton John


W jaki sposób śnisz? Nie, nie pytam: gdzie sypiasz ani o czym śnisz. Pytam raczej „jaka jest materia twoich snów”? Lub, jeśli tak wolisz, „jakimi nićmi go, ten sen, tkasz”?

Czy naprawdę słyszysz we śnie dźwięki? A może to tylko świadomość, że słyszysz? Czy czujesz we śnie ciepło, gdy kogoś dotykasz? A kolory? Widzisz je tak jak w życiu? A może rzeczywistość ze snu jest bezbarwna? Lub w czerni i bieli? W odcieniach szarości ołówka brudzącego papier? Może twój sen to nie seans filmowy lecz pustka z której czasem wyłoni się melodia, słowo lub niema twarz? 
 
Czy zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tworzywem odwiedzających cię snów? Czy obejrzałeś je kiedykolwiek dokładnie w świetle dnia, podnosząc szklaną kulę marzeń ku słońcu?

*

Wyjeżdżając na rok do Niemiec, wtedy, lata temu, bardzo chciałem wierzyć w zwyczajność tej przeprowadzki. „O, to jakby przejść do drugiego pokoju który od dawna stoi pusty, ale przecież cały czas był częścią domu”. To przecież tak blisko. Całość była dobrze zorganizowana, data powrotu i wysokość dofinansowania ustalona. Te kilka książek to aż nadto, ubrań też starczy. I wspomnień, chciałem wierzyć. 
 
Pomyliłem się. Tęskniłem, żyłem moim miastem, żyłem własną przeszłością. I choć dziś te dni nad Renem wspominam jako proste i miłe, to wówczas nie potrafiłem wytrzymać w ich pustce dłużej niż dwa tygodnie. Podróżowałem. Wracałem, szukałem domu. Znajdowałem tylko krótkie chwile zawodu – to, co pragnąłem odnaleźć i odzyskać, już nie istniało. Nie potrafiłem tylko zrozumieć czego tak naprawdę szukam. Widmo, widmo krążyło po moim małym, śmiesznym świecie.

*

Śnię będąc wolnym od kolorów. I tak jak nie słyszę głosów, a jedynie pojmuję co do mnie mówią zmory ze snów, tak samo znam tylko róznice pomiędzy barwami, nie widząc ich przy tym.

Jest jeden wyjątek. To wspomnienie letniego popołudnia na czarnogórskim wybrzeżu, skalnego klifu porośniętego miniaturowymi, poskręcanymi od słonego wiatru drzewkami. Klifu, na którym spaliśmy zwróceni twarzami ku jasnemu morzu. Wtedy to, na chwilę przed zaśnięciem, musiał wlać się pod powieki ten błękit – jasny, czysty refleks rozbłyskującej słońcem wody.

I śniłem potem ten kolor, akwamarynę cudzych snów.

I śniłem tylko ten kolor – nie było już skał, przyjaciół, mnie ani nawet morza. Kolor był światem. To był mój najpiękniejszy sen.

Sen powtórzył się i zniknął. Później, przez lata, brakowało mi go. Aż powrócił do mnie pewnej nocy w Niemczech. Przyniósł ze sobą tęsknotę, która przewyższała mój Heimweh, jednocześnie go, ten „ból za domem”, wzmacniając. Odtąd tęskniłem również za morzem, za morskim wybrzeżem. Nie rozumiałem: czy to Adriatyk czy morze w ogóle? Odpływ morza w zachodnio-północnej Anglii, gdzie siadałem na wilgotnym, odsłoniętym dnie i wpatrywałem się jak dziecko w gwiazdy? Minęła zima, dwa razy siadałem na plaży i patrzyłem na horyzont. Bez skutku. Nie potrafiłem pojąć tej tęsknoty póki się wypaliła. Siedząc nad morzem nadal za nim tęskniłem, za tamtym błękitem.

*

Atmosfera przed koncertem była, krótko mówiąc, nieszczególna. Jasne światła i brak muzyki, nieobecność supportu. Dwie dziewczyny czytające przy sąsiednim stoliku grube tomiszcza wzbudziły nasze zainteresowanie. Po kilku żartach z czytelniczek zaproponowałem, że przyniosę z szatni biografię Tołstoja, którą akurat miałem ze sobą. Zrobiło się przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że zespół wchodził na scenę przy pustej widowni – nie mieliśmy możliwości zareagować na czas.

Sorry Boys grali w Olsztynie po raz pierwszy, co w trakcie koncertu kilkukrotnie podkreśliła Bela Komoszyńska, wokalistka zespołu. Chcieli więc zaprezentować materiał ze swojego debiutu z 2010 roku, „Hard Working Classes”, słusznie podejrzewając, że nie wszyscy mięli okazję go poznać. Utwory z pierwszej płyty zostały zagrane mocniej, bardziej motorycznie w porównaniu z materiałem studyjnym. Była to głównie zasługa perkusisty, Maćka Gołyźniaka, nietypowo ustawionego „na pierwszej linii” na scenie (czy ktoś jeszcze pamięta występ Caribou na Offie?). To on wyrósł na pierwszego lidera grupy. Czy zamieszczone na fejsie w dzień koncertu zdjęcie „świętego Macieja” miało stać się najlepszą zapowiedzią i podsumowaniem wieczoru?

Tak to wyglądało jedynie do czasu piosenki otwierającej zeszłoroczne „Vulcano” - Evolution (St.Tersesa). Od tego momentu liczyła się tak naprawdę tylko ona, Bela.



                                                              Evrything started when Dagny was dancing.

*

„Tak, prosta historia, w sumie jedno podanie ręki, przewrócone jedno domino. I stało się już więcej niż nic. Wracam do początku.”



Zobaczyłem ją na koncercie. Grała z zespołem w małym pubie. Pub był „rodzinny”, prawie wszyscy się znali. Wspólny znajomy, poznałem jej imię. „Tak, prosta historia...” napisałem do niej w jakiś czas później, wysłałem piosenkę. Odpisała. O inwazji świerszczy, zbiegów z terrarium współlokatorki. Spotkaliśmy się, trochę zbyt długo rozmawialiśmy. Innego wieczoru, w pubie w którym ją po raz pierwszy zobaczyłem, pocałowała mnie za głośnikiem. Pojechaliśmy na dzień nad morze. Pod jej łóżkiem znalazłem marrtwego świerszcza. Prosta historia. Zakochałem się.

Black is the colour of my true love's hair
Her face is so sof and wonderous fair
The purest eyes and the strongest hands
I love the ground on where she stands
I love the ground on where, on where she stands

*

O ile dobrze to zrozumiałem, to można za św. Augustynem powiedzieć, że jedyne dostępne dla nas za życia przeczucie czym może być, czym jest, wieczność, zdarzyć się może jedynie „w mgnieniu oka”, w pełnej znaczeń najkrótszej z chwil. Wiele razy starałem wrócić do tamtego popołudnia nad morzem, przytulić twarz do ciepłego piasku. Chciałem, pragnąłem by była to ta jedna z tych najrzadszych chwil.

Zgrzani od godzin w autokarze leżeliśmy na gorącym piasku i oddychaliśmy lekką bryzą znad spokojnego morza. Zdjęłą bluzkę; jej skóra skrzyła się bielą. Nie mogła być piękniejsza, drobne ziarenka piasku na jej piegowatych ramionach, pod moimi dłońmi, pomiędzy nimi a jej skórą. Uśmiechała się. Zamknąłem oczy, lecz jasność dnia nie zniknęła. Leżeliśmy obok siebie, zadowoleni i spokojni. I to jedne, najważniejsze spojrzenie jej oczu w którym było już, w którym mogło być, w którym chciałem by było, spełnienie. Spełnienie, a nawet to, co je przekracza. Tak krótko i tak wiele. I pamiętaj, że mówię o sobie.

Już rozumiesz za czym tak tęskniłem?

*

Są osoby, które nie potrafią się przekonać do Sorry Boys właśnie z powodu jej głosu. „Zbyt krzykliwe jak dla mnie”, słyszałem. Na „Vulcano” ładna barwa głosu podkreślona jest głębią produkcji, sposób prowadzenia muzycznej opowieści jest dynamiczny i emocjonalny.

Dla mnie ten „wulkaniczny szeptokrzyk” Beli jest zwyczajnie, bo brak mi innych słów, piękny i świetnie współgra z muzyką. „Szeptokrzyk”? Nie mam tu na myśli prawdziwego szeptu, którego wcale nie tak wiele w piosenkach z drugiej płyty. Jego wyjątkowość polega na zadziwiającym kontraście – gdy Bela śpiewa głośno i silnie, emocje są szeptane; gdy śpiewa ciszej i spokojniej, jest w tym coś z krzyku. Łatwo zgubić się w trakcie i dać ponieść się tym wręcz religijnym uczuciom wokalistki, opisanym kiedyś przez Hölderlina: „gdy burzliwy czas/ gwałtownie zbyt ogarnie umysł mój, i bieda, i obłęd/ Pośród śmiertelnych moim śmiertelnym życiem wstrząśnie/ Niech wtedy o ciszy twojej głębi pomyślę”.

Przesadzam? Być może, choć naprawdę tak myślałem w trakcie koncertu. I czuję, że mam tu z tego powodu pewien dług do spłacenia.

Po co przekonywać przekonanych? Gdy dźwięki klawiszy rozpoczęły Back to Piano, a wokalistka stanęła za mikrofonem wyprostowana i skupiona, liczył się już tylko ten głos. No, może nie całkiem, Zaskoczeniem był dla mnie żywy ruch sceniczny liderki zespołu – w charakterystycznym dla siebie tańcu (który w bardziej rytmicznych momentach miał w sobie coś z obłąkańczego marszu Iana Curtisa, ale który częściej miał w sobie po prostu wiele kobiecości) potrafiła utrzymać kontakt z publicznością , czasami uwodząc spojrzeniem, czasami jakby prosząc o zrozumienie. Ten taniec nie pozwalał oderwać od niej wzroku.
 


Nie obyło się bez jeszcze jednej niespodzianki. Tak jak w trakcie śpiewania polskojęzycznej Zimnej wojny zmienia się barwa jej głosu, tak i w przerwach pomiędzy utworami znikała wokalistka Sorry Boys i pojawiałą się trochę nieśmiała, spokojna kobieta, która z lekkim niepokojem zgodziła się po koncercie zapozować do zdjęcia ze mną i moim Tołstojem.





 *

Przypływ, tak to sobie tłumaczyłem. Przypływ i odpływ. Morze samo ustąpi, tak jak i pustka po tamtej chwili. Wrócę do domu, do zawieszonej na ścianie reprodukcji „Plaży w Pourville”, wrócę do tamtego popołudnia w Czarnogórze, do tamtego dnia nad Bałtykiem. Na próżno.

Rok zajęło mi odkrycie, że tęsknota za morzem była nostalgią za domem w kształcie, w jakim go zostawiałem tamtej jesieni – za tamtym bezpieczeństwem, za własnym mieszkaniem, za straconą miłością, za tymi godzinami nad Bałtykiem. Akwamaryna była dla mnie kolorem utraconego czasu.

*

„Prawdziwą fabryką nostalgii jest jednak czas, który z każdego czyni emigranta (…) Wylądowałeś w nieznanym miejscu, nigdy nigdy nie opuściwszy tego dobrze znanego. Odbywając w pamięci podróż powrotną musisz się pogodzić z tym, że bardzo wiele istnieje jedynie w twoich wspomnieniach”.

*

Św. Jan od Krzyża wziął od św. Augustyna trójpodział władz duszy - rozum, pamięć i wolę. Na tym podziale zbudował swój system mistyczny, w którym trzem władzom duszy odpowiadają trzy cnoty teologiczne – wiara, nadzieja i miłość. Każdy spotyka się w swoim życiu z sytuacją, gdy jedna z władz duszy rakowacieje i rozrastając się ponad miarę, powoduję utratę równowagi i budzi poczucie straty czy też pustki. Na każdą z władz jest jednak remedium: na rozum – wiara, na pamięć – nadzieja, na wolę – miłość.

*

Dzisiaj, gdy niechętnie obracam tamtą chwilę w palcach, pada śnieg i szparami okien ciągnie mróz. Do morza mam tą samą, kilkugodzinną odległość jazdy autobusem. Nie wybieram się tam. Chwila na plaży jest szczelnie zamknięta w szklanej kuli, w której, gdy ją obrócić, zamiast śniegu prószy się drobny piach i prześwieca letnie słońce. Nie walczę jednak z nim, nie nawołuję w lesie pamięci. Powodem dla którego wspomnienie powróciło był koncert.

I choć śmieję się gdy mówię „zakochałem się”, zauroczyłem na moment, na czas trwania oddechu, to tak naprawdę cieszę się z tego zachwytu, który jak przed laty, zbudził mnie w ciemnościach nad ranem i pozwolił zasnąć dopiero w pełnym świetle dnia.

By żyć w czasie musiałem niechętnie zrezygnować z tamtej chwili, tamtego snu o wieczności. Zapomniałem tamto spojrzenie – jej oczy są dziś puste, nie czuję już ciepła nadmorskiego piasku. Pamiętam przez chwilę ciemny brąz innych oczu, obraz który niedługo sam rozpłynie się w wiosennym powietrzu lub zastąpi je inny kolor – zieleń, szarość, czerń... Wszystko kiedyś powraca. Znów znajdę się w tamtej chwili. W swoim czasie.

Bo wszyscy ci, którzy – jak powiedział G.Santayana w trochę innym kontekście – nie przypominają sobie przeszłości, skazani są na to, by ją przeżyć raz jeszcze.

*

Oczywiście relacja z koncertu nie była w pełni obiektywna, nie mogła taką być. Nie chcę jednak by powstało mylne wrażenie, że był to najlepszy koncert jaki widziałem, ani że Sorry Boys są moim ulubionym zespołem. Muzyce towarzyszą bardzo różnorodne emocje i nie warto tego negować. 
 
Zespół umieszczam jednak w mojej muzycznej konstelacji. To, że niektóre gwiazdy świecą najjaśniej na wieczornym niebie, nie wyczerpuje ich istoty. Fale świetlne to tylko niewielka część zakresu fal elektromagnetycznych, a wiele mniej jasnych gwiazd promieniuje równie silnie – trudno to jednak określić pobieżnym spojrzeniem. Czas pomoże ocenić jak silnie ich muzyka będzie na mnie oddziaływać.

A koncerty, zakochania i sny? Czy mają ze sobą coś wspólnego? Trawestując Brunona Schulza, odpowiem tak:
„Bo zwykłe koncerty są jak meteory.

Każdy z nich ma jedną chwilę,

moment taki, kiedy z krzykiem

wzlatuje jak phoenix, płonąc

wszystkimi dźwiękami.


Dla tej jednej chwili, dla tego jednego

momentu kochamy je potem,

choć już wówczas są tylko popiołem”

*

Everything starts when Dagny is dancing