czwartek, 27 lutego 2014

one tusk (historia jednej piosenki): Band of Horses - Detlef Schrempf

NBA, fenomenologia i przyjaźń



Band of Horses - Detlef Schrempf

Nie uwierzę, jeśli waszym pierwszym pytaniem nie było: "co to za tytuł, do cholery?!?".
Mniemam powyższe, gdyż rzadko zbiegają się drogi fanów muzyki alternatywnej  (dzisiaj każda muzyka jest alternatywna, co w sumie, w jakiś pokrętny sposób, jest prawdą, Tomasz Niecik to przecież jakaś alternatywa wobec, powiedzmy, Świetlików) ze ścieżkami fanów koszykówki z lat 90 (ci drudzy z pewnością znają bezbłędny blog mercymercyjeromekersey.wordpress.com - dla tego bloga nie ma alternatywy). Tak się składa, że we mnie te dwie ścieżki mocy się zbiegają. I piosenką zainteresowałem się po raz pierwszy właśnie ze względu na ten tytuł.

Ten tytuł to nie randomowa czy dadaistyczna zbitka przypadkowych liter, to prawdziwe imię i nazwisko pewnego Niemca. Na początku lat dziewięćdziesiątych dobrzy gracze NBA z Europy byli gatunkiem niezaistniałym, przykładowym wyrażeniem (podobnie jak np. jednorożec) będącym budulcem zdań, o których fałszywości lub prawdziwości z punktu widzenia logiki formalnej nie można rozstrzygać. Powiedzieć "Gracz z Europy rzucił 30 punktów w meczu" nie było ani prawdą ani fałszem - po zbiór elementów "dobry gracz z Europy" nigdy nie istniał. No, ok, w latach 90' kilku niezłych graczy można by odnaleźć. Tym bardziej, jako przedstawiciele gatunku fantasy, byli łatwi do zapamiętania.

Jednym z nich był właśnie pięknie nazwany przez opatrzność Detlef Schrempf, pochodzący z Leverkusen, słynący z dobrego rzutu z dystansu, gracz klasy dwukrotnego występu w Meczu Gwiazd NBA. Nigdy nie dochodziłem skąd wzięli się Band of Horses. Ale piosenkę mógł w taki sposób nazwać tylko zespół z Seattle...




Gdy w 2007 zespół wydawał Cease to Begin nie było ich w stanie Waszyngton. Po przetasowaniach personalnych lider grupy, Ben Bridwell, przeniósł zespół do jego rodzinnej Południowej Karoliny. W rok później, w wyniku sporu z władzami miasta drużyna koszykówki również wyniosła się z miasta ( i być może nigdy więcej nikt nie zarapuje Not in Our House, z dużą korzyścią dla muzyki - dla ciekawych link: Not in Our House Tak przy okazji, ten sztywny białas to nie Detlef). Miasto na obu wyprowadzkach wiele straciło, chociaż nigdy nie był to Disneyland - słynące z koszmarnej pogody i deszczy znad Pacyfiku jest od dawna bodajże najbardziej depresyjnym dużym miastem USA. I tak po prawdzie właśnie z tym aspektem jest ono kojarzone w Polsce, a to dzięki romantycznej komedii Bezsenność w Seattle (jakie to nietypowe dla tamtych lat', że tłumacząc na język polski hollywódzki tytuł tłumacz postanowił pozostać przy wiernym tłumaczeniu. Oczywiście to nie zawsze rozwiązanie, o czym świadczy mój ulubiony przykład: Nowhere to Run z Jean-Claudem Van Dammem oglądaliśmy jako Uciec, ale dokąd). I z tej dennej, depresyjnej wersji skądinąd pięknego utworu Nata King Cole'a w wykonaniu Celine Dion i Clive'a Griffina...



(partner pięknej Celiny nie zrobił większej kariery w show-businessie. Wydał trzy płyty solowe, dał się poznać jako muzyk sesyjny m.in. dla Take That. Ale moją ulubioną kolaboracją Clive'a jest wokalne pokazania pazura wraz z big-bandem nazwanym... Bandzilla. Pomimo tej nazwy oglądając materiał z ich koncertu tak trudno mi się zdecydować, co najbardziej mnie śmieszy: sam Clive chcący podrabiać niedoścignionego Ricka Astleya, pióropusze na wąsiastej sekcji dętej czy żywiołowość publiki, której było mniej niż samych członków zespołu... Bandzilla vs. Clive Griffin )

Ale wracając do Detlefa to muszę przyznać, że to co się zdarzyło wokół tej piosenki to piękna historia. Otóż dzięki tej piosence, która jako roboczy tytuł otrzymała po prostu Detlef, gdyż była związana "ze sprawami z Seattle" (akurat w tekście piosenki są one przedstawione bardziej uniwersalnie), i które to skojarzenie utrzymało się jako oficjalna nazwa utworu, liderowi zespołu dane było zaprzyjaźnić się z najprawdziwszym Detlefem Schrempfem, któremu sama piosenka bardzo się spodobała. Panowie utrzymują kontakt mejlowy, Detlef jest już od dawna na sportowej emeryturze, a zespół nagrywa dalej. W zeszłym roku wydali akustyczną płytę z zapisu dwóch koncertów w Nashville, Acoustic at the Ryman, a "koszykarska" piosenka w nowej aranżacji nabrała dodatkowej szlachetności.

A gdzie wspomniana w nagłówku fenomenologia? A tak jakoś mi się skojarzyło z tekstem Detlefa

The town is gonna talk, but these people do not
See things through to the very minimal
I na zakończenie tekstu opartego na grze skojarzeń, staroć z którą zawsze łączę Band of Horses.





środa, 19 lutego 2014

UNTIL THE COLOURS RUN/ koncert Sorry Boys w Olsztynie (23.01.2013)



„O, te błękity mrożące oddech zatchnieniem strachu,
o, te zielenie zieleńsze od ździwienia,
o, te preudia i świergoty kolorów dopiero poczętych (...)”

Sanatorium pod Klepsydrą, Bruno Schulz

„Blue eyes
Baby's got blue eyes
Like a deep blue sea
On a blue blue day”

Blue Eyes, Elton John


W jaki sposób śnisz? Nie, nie pytam: gdzie sypiasz ani o czym śnisz. Pytam raczej „jaka jest materia twoich snów”? Lub, jeśli tak wolisz, „jakimi nićmi go, ten sen, tkasz”?

Czy naprawdę słyszysz we śnie dźwięki? A może to tylko świadomość, że słyszysz? Czy czujesz we śnie ciepło, gdy kogoś dotykasz? A kolory? Widzisz je tak jak w życiu? A może rzeczywistość ze snu jest bezbarwna? Lub w czerni i bieli? W odcieniach szarości ołówka brudzącego papier? Może twój sen to nie seans filmowy lecz pustka z której czasem wyłoni się melodia, słowo lub niema twarz? 
 
Czy zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tworzywem odwiedzających cię snów? Czy obejrzałeś je kiedykolwiek dokładnie w świetle dnia, podnosząc szklaną kulę marzeń ku słońcu?

*

Wyjeżdżając na rok do Niemiec, wtedy, lata temu, bardzo chciałem wierzyć w zwyczajność tej przeprowadzki. „O, to jakby przejść do drugiego pokoju który od dawna stoi pusty, ale przecież cały czas był częścią domu”. To przecież tak blisko. Całość była dobrze zorganizowana, data powrotu i wysokość dofinansowania ustalona. Te kilka książek to aż nadto, ubrań też starczy. I wspomnień, chciałem wierzyć. 
 
Pomyliłem się. Tęskniłem, żyłem moim miastem, żyłem własną przeszłością. I choć dziś te dni nad Renem wspominam jako proste i miłe, to wówczas nie potrafiłem wytrzymać w ich pustce dłużej niż dwa tygodnie. Podróżowałem. Wracałem, szukałem domu. Znajdowałem tylko krótkie chwile zawodu – to, co pragnąłem odnaleźć i odzyskać, już nie istniało. Nie potrafiłem tylko zrozumieć czego tak naprawdę szukam. Widmo, widmo krążyło po moim małym, śmiesznym świecie.

*

Śnię będąc wolnym od kolorów. I tak jak nie słyszę głosów, a jedynie pojmuję co do mnie mówią zmory ze snów, tak samo znam tylko róznice pomiędzy barwami, nie widząc ich przy tym.

Jest jeden wyjątek. To wspomnienie letniego popołudnia na czarnogórskim wybrzeżu, skalnego klifu porośniętego miniaturowymi, poskręcanymi od słonego wiatru drzewkami. Klifu, na którym spaliśmy zwróceni twarzami ku jasnemu morzu. Wtedy to, na chwilę przed zaśnięciem, musiał wlać się pod powieki ten błękit – jasny, czysty refleks rozbłyskującej słońcem wody.

I śniłem potem ten kolor, akwamarynę cudzych snów.

I śniłem tylko ten kolor – nie było już skał, przyjaciół, mnie ani nawet morza. Kolor był światem. To był mój najpiękniejszy sen.

Sen powtórzył się i zniknął. Później, przez lata, brakowało mi go. Aż powrócił do mnie pewnej nocy w Niemczech. Przyniósł ze sobą tęsknotę, która przewyższała mój Heimweh, jednocześnie go, ten „ból za domem”, wzmacniając. Odtąd tęskniłem również za morzem, za morskim wybrzeżem. Nie rozumiałem: czy to Adriatyk czy morze w ogóle? Odpływ morza w zachodnio-północnej Anglii, gdzie siadałem na wilgotnym, odsłoniętym dnie i wpatrywałem się jak dziecko w gwiazdy? Minęła zima, dwa razy siadałem na plaży i patrzyłem na horyzont. Bez skutku. Nie potrafiłem pojąć tej tęsknoty póki się wypaliła. Siedząc nad morzem nadal za nim tęskniłem, za tamtym błękitem.

*

Atmosfera przed koncertem była, krótko mówiąc, nieszczególna. Jasne światła i brak muzyki, nieobecność supportu. Dwie dziewczyny czytające przy sąsiednim stoliku grube tomiszcza wzbudziły nasze zainteresowanie. Po kilku żartach z czytelniczek zaproponowałem, że przyniosę z szatni biografię Tołstoja, którą akurat miałem ze sobą. Zrobiło się przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że zespół wchodził na scenę przy pustej widowni – nie mieliśmy możliwości zareagować na czas.

Sorry Boys grali w Olsztynie po raz pierwszy, co w trakcie koncertu kilkukrotnie podkreśliła Bela Komoszyńska, wokalistka zespołu. Chcieli więc zaprezentować materiał ze swojego debiutu z 2010 roku, „Hard Working Classes”, słusznie podejrzewając, że nie wszyscy mięli okazję go poznać. Utwory z pierwszej płyty zostały zagrane mocniej, bardziej motorycznie w porównaniu z materiałem studyjnym. Była to głównie zasługa perkusisty, Maćka Gołyźniaka, nietypowo ustawionego „na pierwszej linii” na scenie (czy ktoś jeszcze pamięta występ Caribou na Offie?). To on wyrósł na pierwszego lidera grupy. Czy zamieszczone na fejsie w dzień koncertu zdjęcie „świętego Macieja” miało stać się najlepszą zapowiedzią i podsumowaniem wieczoru?

Tak to wyglądało jedynie do czasu piosenki otwierającej zeszłoroczne „Vulcano” - Evolution (St.Tersesa). Od tego momentu liczyła się tak naprawdę tylko ona, Bela.



                                                              Evrything started when Dagny was dancing.

*

„Tak, prosta historia, w sumie jedno podanie ręki, przewrócone jedno domino. I stało się już więcej niż nic. Wracam do początku.”



Zobaczyłem ją na koncercie. Grała z zespołem w małym pubie. Pub był „rodzinny”, prawie wszyscy się znali. Wspólny znajomy, poznałem jej imię. „Tak, prosta historia...” napisałem do niej w jakiś czas później, wysłałem piosenkę. Odpisała. O inwazji świerszczy, zbiegów z terrarium współlokatorki. Spotkaliśmy się, trochę zbyt długo rozmawialiśmy. Innego wieczoru, w pubie w którym ją po raz pierwszy zobaczyłem, pocałowała mnie za głośnikiem. Pojechaliśmy na dzień nad morze. Pod jej łóżkiem znalazłem marrtwego świerszcza. Prosta historia. Zakochałem się.

Black is the colour of my true love's hair
Her face is so sof and wonderous fair
The purest eyes and the strongest hands
I love the ground on where she stands
I love the ground on where, on where she stands

*

O ile dobrze to zrozumiałem, to można za św. Augustynem powiedzieć, że jedyne dostępne dla nas za życia przeczucie czym może być, czym jest, wieczność, zdarzyć się może jedynie „w mgnieniu oka”, w pełnej znaczeń najkrótszej z chwil. Wiele razy starałem wrócić do tamtego popołudnia nad morzem, przytulić twarz do ciepłego piasku. Chciałem, pragnąłem by była to ta jedna z tych najrzadszych chwil.

Zgrzani od godzin w autokarze leżeliśmy na gorącym piasku i oddychaliśmy lekką bryzą znad spokojnego morza. Zdjęłą bluzkę; jej skóra skrzyła się bielą. Nie mogła być piękniejsza, drobne ziarenka piasku na jej piegowatych ramionach, pod moimi dłońmi, pomiędzy nimi a jej skórą. Uśmiechała się. Zamknąłem oczy, lecz jasność dnia nie zniknęła. Leżeliśmy obok siebie, zadowoleni i spokojni. I to jedne, najważniejsze spojrzenie jej oczu w którym było już, w którym mogło być, w którym chciałem by było, spełnienie. Spełnienie, a nawet to, co je przekracza. Tak krótko i tak wiele. I pamiętaj, że mówię o sobie.

Już rozumiesz za czym tak tęskniłem?

*

Są osoby, które nie potrafią się przekonać do Sorry Boys właśnie z powodu jej głosu. „Zbyt krzykliwe jak dla mnie”, słyszałem. Na „Vulcano” ładna barwa głosu podkreślona jest głębią produkcji, sposób prowadzenia muzycznej opowieści jest dynamiczny i emocjonalny.

Dla mnie ten „wulkaniczny szeptokrzyk” Beli jest zwyczajnie, bo brak mi innych słów, piękny i świetnie współgra z muzyką. „Szeptokrzyk”? Nie mam tu na myśli prawdziwego szeptu, którego wcale nie tak wiele w piosenkach z drugiej płyty. Jego wyjątkowość polega na zadziwiającym kontraście – gdy Bela śpiewa głośno i silnie, emocje są szeptane; gdy śpiewa ciszej i spokojniej, jest w tym coś z krzyku. Łatwo zgubić się w trakcie i dać ponieść się tym wręcz religijnym uczuciom wokalistki, opisanym kiedyś przez Hölderlina: „gdy burzliwy czas/ gwałtownie zbyt ogarnie umysł mój, i bieda, i obłęd/ Pośród śmiertelnych moim śmiertelnym życiem wstrząśnie/ Niech wtedy o ciszy twojej głębi pomyślę”.

Przesadzam? Być może, choć naprawdę tak myślałem w trakcie koncertu. I czuję, że mam tu z tego powodu pewien dług do spłacenia.

Po co przekonywać przekonanych? Gdy dźwięki klawiszy rozpoczęły Back to Piano, a wokalistka stanęła za mikrofonem wyprostowana i skupiona, liczył się już tylko ten głos. No, może nie całkiem, Zaskoczeniem był dla mnie żywy ruch sceniczny liderki zespołu – w charakterystycznym dla siebie tańcu (który w bardziej rytmicznych momentach miał w sobie coś z obłąkańczego marszu Iana Curtisa, ale który częściej miał w sobie po prostu wiele kobiecości) potrafiła utrzymać kontakt z publicznością , czasami uwodząc spojrzeniem, czasami jakby prosząc o zrozumienie. Ten taniec nie pozwalał oderwać od niej wzroku.
 


Nie obyło się bez jeszcze jednej niespodzianki. Tak jak w trakcie śpiewania polskojęzycznej Zimnej wojny zmienia się barwa jej głosu, tak i w przerwach pomiędzy utworami znikała wokalistka Sorry Boys i pojawiałą się trochę nieśmiała, spokojna kobieta, która z lekkim niepokojem zgodziła się po koncercie zapozować do zdjęcia ze mną i moim Tołstojem.





 *

Przypływ, tak to sobie tłumaczyłem. Przypływ i odpływ. Morze samo ustąpi, tak jak i pustka po tamtej chwili. Wrócę do domu, do zawieszonej na ścianie reprodukcji „Plaży w Pourville”, wrócę do tamtego popołudnia w Czarnogórze, do tamtego dnia nad Bałtykiem. Na próżno.

Rok zajęło mi odkrycie, że tęsknota za morzem była nostalgią za domem w kształcie, w jakim go zostawiałem tamtej jesieni – za tamtym bezpieczeństwem, za własnym mieszkaniem, za straconą miłością, za tymi godzinami nad Bałtykiem. Akwamaryna była dla mnie kolorem utraconego czasu.

*

„Prawdziwą fabryką nostalgii jest jednak czas, który z każdego czyni emigranta (…) Wylądowałeś w nieznanym miejscu, nigdy nigdy nie opuściwszy tego dobrze znanego. Odbywając w pamięci podróż powrotną musisz się pogodzić z tym, że bardzo wiele istnieje jedynie w twoich wspomnieniach”.

*

Św. Jan od Krzyża wziął od św. Augustyna trójpodział władz duszy - rozum, pamięć i wolę. Na tym podziale zbudował swój system mistyczny, w którym trzem władzom duszy odpowiadają trzy cnoty teologiczne – wiara, nadzieja i miłość. Każdy spotyka się w swoim życiu z sytuacją, gdy jedna z władz duszy rakowacieje i rozrastając się ponad miarę, powoduję utratę równowagi i budzi poczucie straty czy też pustki. Na każdą z władz jest jednak remedium: na rozum – wiara, na pamięć – nadzieja, na wolę – miłość.

*

Dzisiaj, gdy niechętnie obracam tamtą chwilę w palcach, pada śnieg i szparami okien ciągnie mróz. Do morza mam tą samą, kilkugodzinną odległość jazdy autobusem. Nie wybieram się tam. Chwila na plaży jest szczelnie zamknięta w szklanej kuli, w której, gdy ją obrócić, zamiast śniegu prószy się drobny piach i prześwieca letnie słońce. Nie walczę jednak z nim, nie nawołuję w lesie pamięci. Powodem dla którego wspomnienie powróciło był koncert.

I choć śmieję się gdy mówię „zakochałem się”, zauroczyłem na moment, na czas trwania oddechu, to tak naprawdę cieszę się z tego zachwytu, który jak przed laty, zbudził mnie w ciemnościach nad ranem i pozwolił zasnąć dopiero w pełnym świetle dnia.

By żyć w czasie musiałem niechętnie zrezygnować z tamtej chwili, tamtego snu o wieczności. Zapomniałem tamto spojrzenie – jej oczy są dziś puste, nie czuję już ciepła nadmorskiego piasku. Pamiętam przez chwilę ciemny brąz innych oczu, obraz który niedługo sam rozpłynie się w wiosennym powietrzu lub zastąpi je inny kolor – zieleń, szarość, czerń... Wszystko kiedyś powraca. Znów znajdę się w tamtej chwili. W swoim czasie.

Bo wszyscy ci, którzy – jak powiedział G.Santayana w trochę innym kontekście – nie przypominają sobie przeszłości, skazani są na to, by ją przeżyć raz jeszcze.

*

Oczywiście relacja z koncertu nie była w pełni obiektywna, nie mogła taką być. Nie chcę jednak by powstało mylne wrażenie, że był to najlepszy koncert jaki widziałem, ani że Sorry Boys są moim ulubionym zespołem. Muzyce towarzyszą bardzo różnorodne emocje i nie warto tego negować. 
 
Zespół umieszczam jednak w mojej muzycznej konstelacji. To, że niektóre gwiazdy świecą najjaśniej na wieczornym niebie, nie wyczerpuje ich istoty. Fale świetlne to tylko niewielka część zakresu fal elektromagnetycznych, a wiele mniej jasnych gwiazd promieniuje równie silnie – trudno to jednak określić pobieżnym spojrzeniem. Czas pomoże ocenić jak silnie ich muzyka będzie na mnie oddziaływać.

A koncerty, zakochania i sny? Czy mają ze sobą coś wspólnego? Trawestując Brunona Schulza, odpowiem tak:
„Bo zwykłe koncerty są jak meteory.

Każdy z nich ma jedną chwilę,

moment taki, kiedy z krzykiem

wzlatuje jak phoenix, płonąc

wszystkimi dźwiękami.


Dla tej jednej chwili, dla tego jednego

momentu kochamy je potem,

choć już wówczas są tylko popiołem”

*

Everything starts when Dagny is dancing




piątek, 31 stycznia 2014

Muzyczne nowości z Islandii (czyli z końca świata i okolic)



W filmie Screaming Masterpiece opowiadającym o muzycznej scenie Islandii na początku naszego wieku, wokalista Bang Gang, Barði Jóhannsson, tłumaczył jakość muzyki tworzonej przez islandzkie zespoły tym, że rynek muzyczny właściwie tam nie istnieje i tym samym nie wywiera żadnej presji na twórców, którzy nagrywają tylko taką muzykę, jaka im samym się podoba. Oraz z nadzieją, że płytę kupi koło 200 osób, głównie znajomi i członkowie rodziny.

Tymczasem  debiutancki  My Head is an Animal zespołu Of Monster and Man zyskał w Stanach Zjednoczonych status platynowej płyty, co oznacza ponad milion sprzedanych kopii. Jedyną Islandką która odbierała już kiedyś platynę w USA jest Björk. Wokalistka Of Monsters, Nanna Bryndís Hilmarsdóttir, miała na początku 2005 roku, w dniu premiery Screaming Masterpiece, 15 lat, oraz odpowiednio 4 i 6 lat kiedy Björk dostawałą platynę w USA za Debut i Post. Ciekawe, prawda? 

Pamiętacie historię siostry Jónsiego, Sigurrós? Otóż okazuje się, że jej zamaskowana postać widnieje na okładce debiutu londyńskiego Fanfarlo. I jest to dopiero początek. Zdjęcie tamtej okładki wykonała inna siostra Jónsiego, Lilja (znowu imię-kwiat). A dziś możemy oglądać teledysk zapowiadający tegoroczny album zespołu Fanfarlo do piosenki Landlocked, w której występuje Lilja, a który reżyserowała… kolejna siostra Jónsiego, Inga (która również nagrywała wideoklipy do Valtari). To nie ostatnia z historii rodzinnych.



Ciekawostką jest to, że zespół Fanfarlo nie jest z Islandii. Czemu jawnie przeczą ich wypowiedzi, takie jak na przykład ta dotycząca albumu Let's Go Extinct, który zostanie wydany w tym roku: „What I loved about making this record was how free-flowing and loving the whole process was. It felt like we were building our own little world around it. We built the skeleton of it in a residential studio, then moved to this house that had been empty for twenty years, where we built a temporary studio. We didn't go outside for ten days, just recorded into the night every day. These places were in remote spots in Wales and we lived together cooking big family meals the whole time”. Czy tylko mi przypomina to dawne historie z sesji nagraniowych zespołu Múm?

Inną arcyciekawą i siostrzaną kooperacją z Islandii jest zespół Sísý Ey (z angielska wymawiany jako See See Ay). Siostry Elin, Elisabet i Sigga długo szukały, aż odnalazły tego jedynego… DJ’a, niejakiego Oculusa. Zespół skupia się na występowaniu na żywo, tam szuka inspiracji i kierunku rozwoju. Przy okazji wychodzą im dobre single: Ain’t Got Nobody oraz Restless (w stylu dawnego Gus Gus przełamanego Daft Punkiem, do ściągnięcia z facebookowego fanpage’u zespołu).



I na koniec warto powrócić do Barðiego, który wspominał również o tym, że zespoły z Islandii bardzo pomagają sobie nawzajem. Tym razem współpraca okazała się międzynarodowa – Barði wraz z połową francuskiego duetu Air, Jean-Benoit Dunckel, stworzyli projekt Skywalker. Szykują dopiero EPkę, ale już debiutancki Bad Weather wiele obiecuje. Bardzo wiele. 



I ostatnia ciekawostka. Naród Islandii nie rozrasta się zbytnio, nadal oscyluje wokół 300 tysięcy obywateli. Przeczytałem dziś, że na Islandii jest największy odsetek pisarzy pośród ogółu mieszkańców, co dziesiąty Islandczyk pisze powieści (do nas dochodzą głównie kryminały, ale są też i wyjątki jak "101 Reykyavik" Hallgrimura Helgasona). Gdyby dodać do tego statystyki dotyczące muzykujących Islandczyków (obejrzyjcie wreszcie Screaming Masterpiece) robi to razem piorunujące wrażenie. 


Mjög vel gert!
   




środa, 29 stycznia 2014

Płyta miesiąca (styczeń 2014): Warpaint - Warpaint

Podczas gdy Bruce Springsteen stara się przekonać sam siebie, że znów tworzy coś ożywczego pozwalając Tomowi Morello na dogrywanie do odrzuconego materiału dwuminutowych solówek, panie (dziewczyny?) z Dum Dum Girls i Warpaint serwują nam dobre, klimatyczne albumy, inteligentniej budujące brzmienie na starych formach niż The Boss. „To teraz chyba kobiece zespoły są w cenie, prawda?” - stwierdził raczej niż zapytał niedawno mój przyjaciel. Nie zaprzeczyłem.

Do self-titled Warpaint podchodzę jakby był to ich debiut. Pamiętam dobrze gdy lata temu słuchałem nagrywane pewnie ”na stówę” w trzech pomieszczeniach ciasnego mieszkania (perkusja musi być zawsze w łazience, prawda?) demo Elephants, które obiecywało jakieś niezbadane, przyszłe guilty pleasures. No cóż, straciłem zespół na lata, przegapiłem The Fool z 2010, i odnalazłem zespół dopiero dziś, w dziesięć lat od walentynek będących początkiem zespołu (swoją drogą czy wszystkie „dziewczyńskie” zespoły muszą określać swój stosunek do tego „święta”? Po odpowiedź zapraszam na pewien warszawski koncert, "Walentynki w Studio": https://www.facebook.com/events/459878407468503/ ) Dziesięć lat to sporo czasu by przemyśleć/odnaleźć własną muzyczną wizję, zapytajcie chociażby Guy'a Garveya z Elbow. Warpaint nie zmarnowało tych lat.

Pierwsze, co „się rzuca na uszy” to świetne brzmienie i twórcza inspiracja. Tu nie będzie rewolucji. I w tym tkwi chyba klucz do oceny płyty, a już na pewno do oceny ukazujących się na jej temat recenzji. Krótko: produkcja Flood, mix Nigel Goodrich, wyraźne brzmienie. Perkusja i bas dominują, a wokół nich krążą plamy wokalu (malowane wodną farbką). Trip-hop spotyka się z dream popem i przełamany zostaje dobrymi post-punkowymi wzorcami (hmm... drip-hop? Od skapywania? ;)) Z pitchforkowskiego panteonu rzucają gromy: „rok 1999 już był!”. Ale ja myślę sobie w duchu, że sam Prince już dawno nas przekonał, że tonight I'm gonna party like it's 1999. Warto zaakceptować wybory zespołu i wczuć się w ten płynący, lekko transowy album.

Płyta jest trochę za długa – po trzecim odsłuchaniu odrzuciłem z playlisty Go In i Son, zostały te lepsze 43 minuty muzyki. Poetyka tekstów też pozostawia wiele do życzenia. Brakuje również piosenek - można to uznać za... zaletę albumu. Ciężko będzie przekonać kogoś do kupienia samego Love is to Die (wydanego jako singiel), ale po wysłuchaniu całości - tak właśnie chce się jej słuchać, bez dzielenia na rozdziały. Klimat pozostaje niezmienny, muzyka nie atakuje eklektyzmem, zmieniają się jedynie akcenty: Intro/ Keep Healthy przyciągają wyraźnym rytmem, Hi brzęczy basem trip-hopu, Biggy jakby lekko zagapił się na własne buty, a CC wprowadza trochę więcej mroku. Trochę inaczej brzmi Dance/Very, ale tyle samo w nim muzyki tanecznej co brudnego brzmienia wczesnego manchesterskiego post-punku, więc aż tak bardzo nie "odstaje". A Drive to naprawdę dobry closer dla tej płyty. Problem jedynie w tym, że jest utwór przedostatni.

Miałem nieszczęście przysnąć podczas pierwszego przesłuchania Warpaint (nie z nudów, a
ze zmęczenia). Nie jest to muzyka tła ani shoegeaze reaktywujących się właśnie Slowdive, przy których śpi się bajecznie (podejrzewam, że zamiast filtrów na mikrofonach stosowali indiańskie dream-catchers). Wybudziłem się z drzemki zmęczony i rozstrojony – głęboki puls płyty wdarł się łatwo w mój sen. I nie jest to wcale minus, tak jak nie jest nim przemyślane budowanie własnego brzmienia na dobrych wzorcach.

Ocena: "Trąba do góry, jest naprawdę dobrze!"


czwartek, 9 stycznia 2014

Tokyo Police Club - Argentina (Parts I,II,III)

source: www.thewildhoneypie.com

Tokyo Police Club to jeden z tych zespołów o których wiemy, że istnieją, wydają płyty i single, czasem ktoś wspomni o ciekawym teledysku, wielkich planach koncertowych, udanym występie na festiwalu... I nic ponad to. Nikt się nimi nie jara, ot najwyżej, chłopaki "z potencjałem". Notoryczni debiutanci, dobrze zapowiadający się jak polscy piłkarze młodego pokolenia, kończący po kilku latach gdzieś w niemieckiej trzeciej lidze...

Tym bardziej zdziwiła mnie informacja, że zespół od 3,5 roku nie koncertował, nie wydawał, ogłosił ciszę medialną. Jako, że nigdy nie zwracałem na nich większej uwagi, nie zauważyłem tego "zniknięcia". Zespoły z przegródki "ciągle coś tam uparcie rzeźbią" nie znikają przecież tak po prostu... A tu proszę - część z członków zespołu zrezygnowała z "normalnej" pracy i skupili się na nagrywaniu i dopieszczaniu nowego materiału. Gdyby chodziło o Arcade Fire, rodaków z Kanady, wszystko rozumiemy... Ale TPC??

Trzy lata? " Postanowiliśmy się skupić na refrenach. Praca nad zwrotkami jest czasochłonna, ale to co ludzie zapamiętują to refreny". "Praca nad melodiami sprawiła, że brzmimy teraz bardziej pop. To słychać w naszych nowych utworach". Tak można streścić niektóre wypowiedzi członków zespołu z 2013 roku.
Tymczasem zespół opublikował teledysk do niemal dziewięciominutowego tryptyku Argentina (Parts I,II,II)  i okazało się, że brzmią... bardziej gitarowo. I że zrezygnowali z refrenów na rzecz rozbudowanych, melodyjnych zwrotek. Rozmach i długość utworu podpowiadają, że zapragnęli zostać jakimś "nowym kultowym zespołem" o rozbudowanej etyce i filozofii pracy nad muzycznym rzemiosłem. Brzmią dalej jednak popowo (czy też momentami pop-punkowo), eksperymentując w dosyć wąskiej przestrzeni pomiędzy słitaśnym indie a rockowymi gitarami. Mi się to jednak podoba.

Czy awansowali to wyższej ligi i ich kariera dopiero nabierze rozpędu? Przekonamy się już wkrótce, po wydaniu planowanym na pierwszy kwartał bieżącego roku następcy albumu Champ sprzed czterech lat.

http://www.youtube.com/watch?v=4MG6rKuCfyo