Do self-titled Warpaint podchodzę jakby był to ich debiut. Pamiętam dobrze gdy lata temu słuchałem nagrywane pewnie ”na stówę” w trzech pomieszczeniach ciasnego mieszkania (perkusja musi być zawsze w łazience, prawda?) demo Elephants, które obiecywało jakieś niezbadane, przyszłe guilty pleasures. No cóż, straciłem zespół na lata, przegapiłem The Fool z 2010, i odnalazłem zespół dopiero dziś, w dziesięć lat od walentynek będących początkiem zespołu (swoją drogą czy wszystkie „dziewczyńskie” zespoły muszą określać swój stosunek do tego „święta”? Po odpowiedź zapraszam na pewien warszawski koncert, "Walentynki w Studio": https://www.facebook.com/events/459878407468503/ ) Dziesięć lat to sporo czasu by przemyśleć/odnaleźć własną muzyczną wizję, zapytajcie chociażby Guy'a Garveya z Elbow. Warpaint nie zmarnowało tych lat.
Pierwsze, co „się rzuca na uszy” to świetne brzmienie i twórcza inspiracja. Tu nie będzie rewolucji. I w tym tkwi chyba klucz do oceny płyty, a już na pewno do oceny ukazujących się na jej temat recenzji. Krótko: produkcja Flood, mix Nigel Goodrich, wyraźne brzmienie. Perkusja i bas dominują, a wokół nich krążą plamy wokalu (malowane wodną farbką). Trip-hop spotyka się z dream popem i przełamany zostaje dobrymi post-punkowymi wzorcami (hmm... drip-hop? Od skapywania? ;)) Z pitchforkowskiego panteonu rzucają gromy: „rok 1999 już był!”. Ale ja myślę sobie w duchu, że sam Prince już dawno nas przekonał, że tonight I'm gonna party like it's 1999. Warto zaakceptować wybory zespołu i wczuć się w ten płynący, lekko transowy album.
Płyta jest trochę za długa – po trzecim odsłuchaniu odrzuciłem z playlisty Go In i Son, zostały te lepsze 43 minuty muzyki. Poetyka tekstów też pozostawia wiele do życzenia. Brakuje również piosenek - można to uznać za... zaletę albumu. Ciężko będzie przekonać kogoś do kupienia samego Love is to Die (wydanego jako singiel), ale po wysłuchaniu całości - tak właśnie chce się jej słuchać, bez dzielenia na rozdziały. Klimat pozostaje niezmienny, muzyka nie atakuje eklektyzmem, zmieniają się jedynie akcenty: Intro/ Keep Healthy przyciągają wyraźnym rytmem, Hi brzęczy basem trip-hopu, Biggy jakby lekko zagapił się na własne buty, a CC wprowadza trochę więcej mroku. Trochę inaczej brzmi Dance/Very, ale tyle samo w nim muzyki tanecznej co brudnego brzmienia wczesnego manchesterskiego post-punku, więc aż tak bardzo nie "odstaje". A Drive to naprawdę dobry closer dla tej płyty. Problem jedynie w tym, że jest utwór przedostatni.
Miałem nieszczęście przysnąć podczas pierwszego przesłuchania Warpaint (nie z nudów, a
ze zmęczenia). Nie jest to muzyka tła ani shoegeaze reaktywujących się właśnie Slowdive, przy których śpi się bajecznie (podejrzewam, że zamiast filtrów na mikrofonach stosowali indiańskie dream-catchers). Wybudziłem się z drzemki zmęczony i rozstrojony – głęboki puls płyty wdarł się łatwo w mój sen. I nie jest to wcale minus, tak jak nie jest nim przemyślane budowanie własnego brzmienia na dobrych wzorcach.
Ocena: "Trąba do góry, jest naprawdę dobrze!"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz