Nie ma zaś stworzenia silniej marzącego o lataniu niż słoń. Zamiast skrzydeł przypadły mu jednak w udziale wielkie uszy, i to z nich raczej, niż z wyśnionych skrzydeł, słoń zwykł robić użytek. Zasłuchanie więcej odkrywa ze świata muzyki niż pobieżne spojrzenie z lotu ptaka. Słoń zatem nadstawia ucha, jednocześnie nie przestając marzyć o lataniu.
Nie uwierzę, jeśli waszym pierwszym pytaniem nie było: "co to za tytuł, do cholery?!?".
Mniemam powyższe, gdyż rzadko zbiegają się drogi fanów muzyki alternatywnej (dzisiaj każda muzyka jest alternatywna, co w sumie, w jakiś pokrętny sposób, jest prawdą, Tomasz Niecik to przecież jakaś alternatywa wobec, powiedzmy, Świetlików) ze ścieżkami fanów koszykówki z lat 90 (ci drudzy z pewnością znają bezbłędny blog mercymercyjeromekersey.wordpress.com - dla tego bloga nie ma alternatywy). Tak się składa, że we mnie te dwie ścieżki mocy się zbiegają. I piosenką zainteresowałem się po raz pierwszy właśnie ze względu na ten tytuł.
Ten tytuł to nie randomowa czy dadaistyczna zbitka przypadkowych liter, to prawdziwe imię i nazwisko pewnego Niemca. Na początku lat dziewięćdziesiątych dobrzy gracze NBA z Europy byli gatunkiem niezaistniałym, przykładowym wyrażeniem (podobnie jak np. jednorożec) będącym budulcem zdań, o których fałszywości lub prawdziwości z punktu widzenia logiki formalnej nie można rozstrzygać. Powiedzieć "Gracz z Europy rzucił 30 punktów w meczu" nie było ani prawdą ani fałszem - po zbiór elementów "dobry gracz z Europy" nigdy nie istniał. No, ok, w latach 90' kilku niezłych graczy można by odnaleźć. Tym bardziej, jako przedstawiciele gatunku fantasy, byli łatwi do zapamiętania.
Jednym z nich był właśnie pięknie nazwany przez opatrzność Detlef Schrempf, pochodzący z Leverkusen, słynący z dobrego rzutu z dystansu, gracz klasy dwukrotnego występu w Meczu Gwiazd NBA. Nigdy nie dochodziłem skąd wzięli się Band of Horses. Ale piosenkę mógł w taki sposób nazwać tylko zespół z Seattle...
Gdy w 2007 zespół wydawał Cease to Begin nie było ich w stanie Waszyngton. Po przetasowaniach personalnych lider grupy, Ben Bridwell, przeniósł zespół do jego rodzinnej Południowej Karoliny. W rok później, w wyniku sporu z władzami miasta drużyna koszykówki również wyniosła się z miasta ( i być może nigdy więcej nikt nie zarapuje Not in Our House, z dużą korzyścią dla muzyki - dla ciekawych link: Not in Our House Tak przy okazji, ten sztywny białas to nie Detlef). Miasto na obu wyprowadzkach wiele straciło, chociaż nigdy nie był to Disneyland - słynące z koszmarnej pogody i deszczy znad Pacyfiku jest od dawna bodajże najbardziej depresyjnym dużym miastem USA. I tak po prawdzie właśnie z tym aspektem jest ono kojarzone w Polsce, a to dzięki romantycznej komedii Bezsenność w Seattle (jakie to nietypowe dla tamtych lat', że tłumacząc na język polski hollywódzki tytuł tłumacz postanowił pozostać przy wiernym tłumaczeniu. Oczywiście to nie zawsze rozwiązanie, o czym świadczy mój ulubiony przykład: Nowhere to Run z Jean-Claudem Van Dammem oglądaliśmy jako Uciec, ale dokąd). I z tej dennej, depresyjnej wersji skądinąd pięknego utworu Nata King Cole'a w wykonaniu Celine Dion i Clive'a Griffina...
(partner pięknej Celiny nie zrobił większej kariery w show-businessie. Wydał trzy płyty solowe, dał się poznać jako muzyk sesyjny m.in. dla Take That. Ale moją ulubioną kolaboracją Clive'a jest wokalne pokazania pazura wraz z big-bandem nazwanym... Bandzilla. Pomimo tej nazwy oglądając materiał z ich koncertu tak trudno mi się zdecydować, co najbardziej mnie śmieszy: sam Clive chcący podrabiać niedoścignionego Ricka Astleya, pióropusze na wąsiastej sekcji dętej czy żywiołowość publiki, której było mniej niż samych członków zespołu... Bandzilla vs. Clive Griffin )
Ale wracając do Detlefa to muszę przyznać, że to co się zdarzyło wokół tej piosenki to piękna historia. Otóż dzięki tej piosence, która jako roboczy tytuł otrzymała po prostu Detlef, gdyż była związana "ze sprawami z Seattle" (akurat w tekście piosenki są one przedstawione bardziej uniwersalnie), i które to skojarzenie utrzymało się jako oficjalna nazwa utworu, liderowi zespołu dane było zaprzyjaźnić się z najprawdziwszym Detlefem Schrempfem, któremu sama piosenka bardzo się spodobała. Panowie utrzymują kontakt mejlowy, Detlef jest już od dawna na sportowej emeryturze, a zespół nagrywa dalej. W zeszłym roku wydali akustyczną płytę z zapisu dwóch koncertów w Nashville, Acoustic at the Ryman, a "koszykarska" piosenka w nowej aranżacji nabrała dodatkowej szlachetności.
A gdzie wspomniana w nagłówku fenomenologia? A tak jakoś mi się skojarzyło z tekstem Detlefa
The town is gonna talk, but these people do not See things through to the very minimal
I na zakończenie tekstu opartego na grze skojarzeń, staroć z którą zawsze łączę Band of Horses.
„O, te
błękity mrożące oddech zatchnieniem strachu,
o, te
zielenie zieleńsze od ździwienia,
o, te
preudia i świergoty kolorów dopiero poczętych (...)”
Sanatorium
pod Klepsydrą, Bruno Schulz
„Blue
eyes
Baby's got
blue eyes
Like a deep
blue sea
On a blue
blue day”
Blue Eyes,
Elton John
W
jaki sposób śnisz? Nie, nie pytam: gdzie sypiasz ani o czym śnisz.
Pytam raczej „jaka jest materia twoich snów”? Lub, jeśli tak
wolisz, „jakimi nićmi go, ten sen, tkasz”?
Czy
naprawdę słyszysz we śnie dźwięki? A może to tylko świadomość,
że słyszysz? Czy czujesz we śnie ciepło, gdy kogoś dotykasz? A
kolory? Widzisz je tak jak w życiu? A może rzeczywistość ze snu
jest bezbarwna? Lub w czerni i bieli? W odcieniach szarości ołówka
brudzącego papier? Może twój sen to nie seans filmowy lecz pustka z
której czasem wyłoni się melodia, słowo lub niema twarz?
Czy
zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tworzywem odwiedzających cię
snów? Czy obejrzałeś je kiedykolwiek dokładnie w świetle dnia,
podnosząc szklaną kulę marzeń ku słońcu?
*
Wyjeżdżając
na rok do Niemiec, wtedy, lata temu, bardzo chciałem wierzyć w
zwyczajność tej przeprowadzki. „O, to jakby przejść do drugiego
pokoju który od dawna stoi pusty, ale przecież cały czas był
częścią domu”. To przecież tak blisko. Całość była dobrze
zorganizowana, data powrotu i wysokość dofinansowania ustalona. Te
kilka książek to aż nadto, ubrań też starczy. I wspomnień,
chciałem wierzyć.
Pomyliłem
się. Tęskniłem, żyłem moim miastem, żyłem własną
przeszłością. I choć dziś te dni nad Renem wspominam jako proste
i miłe, to wówczas nie potrafiłem wytrzymać w ich pustce dłużej
niż dwa tygodnie. Podróżowałem. Wracałem, szukałem domu.
Znajdowałem tylko krótkie chwile zawodu – to, co pragnąłem
odnaleźć i odzyskać, już nie istniało. Nie potrafiłem tylko
zrozumieć czego tak naprawdę szukam. Widmo, widmo krążyło po
moim małym, śmiesznym świecie.
*
Śnię
będąc wolnym od kolorów. I tak jak nie słyszę głosów, a
jedynie pojmuję co do mnie mówią zmory ze snów, tak samo znam
tylko róznice pomiędzy barwami, nie widząc ich przy tym.
Jest
jeden wyjątek. To wspomnienie letniego popołudnia na czarnogórskim
wybrzeżu, skalnego klifu porośniętego miniaturowymi, poskręcanymi
od słonego wiatru drzewkami. Klifu, na którym spaliśmy zwróceni
twarzami ku jasnemu morzu. Wtedy to, na chwilę przed zaśnięciem,
musiał wlać się pod powieki ten błękit – jasny, czysty refleks
rozbłyskującej słońcem wody.
I
śniłem potem ten kolor, akwamarynę cudzych snów.
I
śniłem tylko ten kolor – nie było już skał, przyjaciół, mnie
ani nawet morza. Kolor był światem. To był mój najpiękniejszy
sen.
Sen
powtórzył się i zniknął. Później, przez lata, brakowało mi
go. Aż powrócił do mnie pewnej nocy w Niemczech. Przyniósł ze
sobą tęsknotę, która przewyższała mój Heimweh,
jednocześnie go, ten „ból za domem”, wzmacniając. Odtąd
tęskniłem również za morzem, za morskim wybrzeżem. Nie
rozumiałem: czy to Adriatyk czy morze w ogóle? Odpływ morza w
zachodnio-północnej Anglii, gdzie siadałem na wilgotnym,
odsłoniętym dnie i wpatrywałem się jak dziecko w gwiazdy? Minęła
zima, dwa razy siadałem na plaży i patrzyłem na horyzont. Bez
skutku. Nie potrafiłem pojąć tej tęsknoty póki się wypaliła.
Siedząc nad morzem nadal za nim tęskniłem, za tamtym błękitem.
*
Atmosfera
przed koncertem była, krótko mówiąc, nieszczególna. Jasne
światła i brak muzyki, nieobecność supportu. Dwie dziewczyny
czytające przy sąsiednim stoliku grube tomiszcza wzbudziły nasze
zainteresowanie. Po kilku żartach z czytelniczek zaproponowałem, że
przyniosę z szatni biografię Tołstoja, którą akurat miałem ze sobą. Zrobiło się przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że zespół
wchodził na scenę przy pustej widowni – nie mieliśmy możliwości
zareagować na czas.
Sorry
Boys grali w Olsztynie po raz pierwszy, co w trakcie koncertu
kilkukrotnie podkreśliła Bela Komoszyńska, wokalistka zespołu.
Chcieli więc zaprezentować materiał ze swojego debiutu z 2010
roku, „Hard Working Classes”, słusznie podejrzewając, że nie
wszyscy mięli okazję go poznać. Utwory z pierwszej płyty zostały
zagrane mocniej, bardziej motorycznie w porównaniu z materiałem
studyjnym. Była to głównie zasługa perkusisty, Maćka Gołyźniaka,
nietypowo ustawionego „na pierwszej linii” na scenie (czy ktoś
jeszcze pamięta występ Caribou na Offie?). To on wyrósł na
pierwszego lidera grupy. Czy zamieszczone na fejsie w dzień koncertu
zdjęcie „świętego Macieja” miało stać się najlepszą
zapowiedzią i podsumowaniem wieczoru?
Tak
to wyglądało jedynie do czasu piosenki otwierającej zeszłoroczne
„Vulcano” - Evolution (St.Tersesa).
Od tego momentu liczyła się tak naprawdę tylko ona, Bela.
Evrything
started when Dagny was dancing.
*
„Tak,
prosta historia, w sumie jedno podanie ręki, przewrócone jedno
domino. I stało się już więcej niż nic. Wracam do początku.”
Zobaczyłem
ją na koncercie. Grała z zespołem w małym pubie. Pub był
„rodzinny”, prawie wszyscy się znali. Wspólny znajomy, poznałem
jej imię. „Tak, prosta historia...” napisałem do niej w jakiś
czas później, wysłałem piosenkę. Odpisała. O inwazji
świerszczy, zbiegów z terrarium współlokatorki. Spotkaliśmy się,
trochę zbyt długo rozmawialiśmy. Innego wieczoru, w pubie w którym
ją po raz pierwszy zobaczyłem, pocałowała mnie za głośnikiem.
Pojechaliśmy na dzień nad morze. Pod jej łóżkiem znalazłem
marrtwego świerszcza. Prosta historia. Zakochałem się.
Black
is the colour of my true love's hair
Her face
is so sof and wonderous fair
The
purest eyes and the strongest hands
I love
the ground on where she stands
I love
the ground on where, on where she stands
*
O
ile dobrze to zrozumiałem, to można za św. Augustynem powiedzieć,
że jedyne dostępne dla nas za życia przeczucie czym może być,
czym jest, wieczność, zdarzyć się może jedynie „w mgnieniu
oka”, w pełnej znaczeń najkrótszej z chwil. Wiele razy starałem
wrócić do tamtego popołudnia nad morzem, przytulić twarz do
ciepłego piasku. Chciałem, pragnąłem by była to ta jedna z tych
najrzadszych chwil.
Zgrzani
od godzin w autokarze leżeliśmy na gorącym piasku i oddychaliśmy
lekką bryzą znad spokojnego morza. Zdjęłą bluzkę; jej skóra
skrzyła się bielą. Nie mogła być piękniejsza, drobne ziarenka
piasku na jej piegowatych ramionach, pod moimi dłońmi, pomiędzy
nimi a jej skórą. Uśmiechała się. Zamknąłem oczy, lecz jasność
dnia nie zniknęła. Leżeliśmy obok siebie, zadowoleni i spokojni.
I to jedne, najważniejsze spojrzenie jej oczu w którym było już,
w którym mogło być, w którym chciałem by było, spełnienie.
Spełnienie, a nawet to, co je przekracza. Tak krótko i tak wiele. I
pamiętaj, że mówię o sobie.
Już
rozumiesz za czym tak tęskniłem?
*
Są
osoby, które nie potrafią się przekonać do Sorry Boys właśnie z
powodu jej głosu. „Zbyt krzykliwe jak dla mnie”, słyszałem.
Na „Vulcano” ładna barwa głosu podkreślona jest głębią
produkcji, sposób prowadzenia muzycznej opowieści jest dynamiczny i
emocjonalny.
Dla
mnie ten „wulkaniczny szeptokrzyk” Beli jest zwyczajnie, bo brak
mi innych słów, piękny i świetnie współgra z muzyką.
„Szeptokrzyk”? Nie mam tu na myśli prawdziwego szeptu, którego
wcale nie tak wiele w piosenkach z drugiej płyty. Jego wyjątkowość
polega na zadziwiającym kontraście – gdy Bela śpiewa głośno i
silnie, emocje są szeptane; gdy śpiewa ciszej i spokojniej, jest w
tym coś z krzyku. Łatwo zgubić się w trakcie i dać ponieść
się tym wręcz religijnym uczuciom wokalistki, opisanym kiedyś
przez Hölderlina:
„gdy burzliwy czas/ gwałtownie zbyt ogarnie umysł mój, i bieda,
i obłęd/ Pośród śmiertelnych moim śmiertelnym życiem
wstrząśnie/ Niech wtedy o ciszy twojej głębi pomyślę”.
Przesadzam?
Być może, choć naprawdę tak myślałem w trakcie koncertu. I
czuję, że mam tu z tego powodu pewien dług do spłacenia.
Po
co przekonywać przekonanych? Gdy dźwięki klawiszy rozpoczęły
Back to Piano,
a wokalistka stanęła za mikrofonem wyprostowana i skupiona, liczył
się już tylko ten głos. No, może nie całkiem, Zaskoczeniem był
dla mnie żywy ruch sceniczny liderki zespołu – w
charakterystycznym dla siebie tańcu (który w bardziej rytmicznych
momentach miał w sobie coś z obłąkańczego marszu Iana Curtisa,
ale który częściej miał w sobie po prostu wiele kobiecości)
potrafiła utrzymać kontakt z publicznością , czasami uwodząc
spojrzeniem, czasami jakby prosząc o zrozumienie. Ten taniec nie
pozwalał oderwać od niej wzroku.
Nie
obyło się bez jeszcze jednej niespodzianki. Tak jak w trakcie
śpiewania polskojęzycznej Zimnej
wojny zmienia się
barwa jej głosu, tak i w przerwach pomiędzy utworami znikała
wokalistka Sorry Boys i pojawiałą się trochę nieśmiała,
spokojna kobieta, która z lekkim niepokojem zgodziła się po
koncercie zapozować do zdjęcia ze mną i moim Tołstojem.
*
Przypływ,
tak to sobie tłumaczyłem. Przypływ i odpływ. Morze samo ustąpi,
tak jak i pustka po tamtej chwili. Wrócę do domu, do zawieszonej na
ścianie reprodukcji „Plaży w Pourville”, wrócę do tamtego
popołudnia w Czarnogórze, do tamtego dnia nad Bałtykiem. Na
próżno.
Rok
zajęło mi odkrycie, że tęsknota za morzem była nostalgią za
domem w kształcie, w jakim go zostawiałem tamtej jesieni – za
tamtym bezpieczeństwem, za własnym mieszkaniem, za straconą
miłością, za tymi godzinami nad Bałtykiem. Akwamaryna była dla
mnie kolorem utraconego czasu.
*
„Prawdziwą
fabryką nostalgii jest jednak czas, który z każdego czyni
emigranta (…) Wylądowałeś w nieznanym miejscu, nigdy nigdy nie
opuściwszy tego dobrze znanego. Odbywając w pamięci podróż
powrotną musisz się pogodzić z tym, że bardzo wiele istnieje
jedynie w twoich wspomnieniach”.
*
Św.
Jan od Krzyża wziął od św. Augustyna trójpodział władz duszy -
rozum, pamięć i wolę. Na tym podziale zbudował swój system
mistyczny, w którym trzem władzom duszy odpowiadają trzy cnoty
teologiczne – wiara, nadzieja i miłość. Każdy spotyka się w
swoim życiu z sytuacją, gdy jedna z władz duszy rakowacieje i
rozrastając się ponad miarę, powoduję utratę równowagi i budzi
poczucie straty czy też pustki. Na każdą z władz jest jednak
remedium: na rozum – wiara, na pamięć – nadzieja, na wolę –
miłość.
*
Dzisiaj,
gdy niechętnie obracam tamtą chwilę w palcach, pada śnieg i
szparami okien ciągnie mróz. Do morza mam tą samą, kilkugodzinną
odległość jazdy autobusem. Nie wybieram się tam. Chwila na plaży
jest szczelnie zamknięta w szklanej kuli, w której, gdy ją
obrócić, zamiast śniegu prószy się drobny piach i prześwieca
letnie słońce. Nie walczę jednak z nim, nie nawołuję w lesie
pamięci. Powodem dla którego wspomnienie powróciło był koncert.
I
choć śmieję się gdy mówię „zakochałem się”, zauroczyłem
na moment, na czas trwania oddechu, to tak naprawdę cieszę się z
tego zachwytu, który jak przed laty, zbudził mnie w ciemnościach
nad ranem i pozwolił zasnąć dopiero w pełnym świetle dnia.
By
żyć w czasie musiałem niechętnie zrezygnować z tamtej chwili,
tamtego snu o wieczności. Zapomniałem tamto spojrzenie – jej oczy
są dziś puste, nie czuję już ciepła nadmorskiego piasku.
Pamiętam przez chwilę ciemny brąz innych oczu, obraz który
niedługo sam rozpłynie się w wiosennym powietrzu lub zastąpi je
inny kolor – zieleń, szarość, czerń... Wszystko kiedyś
powraca. Znów znajdę się w tamtej chwili. W swoim czasie.
Bo
wszyscy ci, którzy – jak powiedział G.Santayana w trochę innym
kontekście – nie przypominają sobie przeszłości, skazani są na
to, by ją przeżyć raz jeszcze.
*
Oczywiście
relacja z koncertu nie była w pełni obiektywna, nie mogła taką
być. Nie chcę jednak by powstało mylne wrażenie, że był to
najlepszy koncert jaki widziałem, ani że Sorry Boys są moim
ulubionym zespołem. Muzyce towarzyszą bardzo różnorodne emocje i
nie warto tego negować.
Zespół
umieszczam jednak w mojej muzycznej konstelacji. To, że niektóre
gwiazdy świecą najjaśniej na wieczornym niebie, nie wyczerpuje ich
istoty. Fale świetlne to tylko niewielka część zakresu fal
elektromagnetycznych, a wiele mniej jasnych gwiazd promieniuje równie
silnie – trudno to jednak określić pobieżnym spojrzeniem. Czas
pomoże ocenić jak silnie ich muzyka będzie na mnie oddziaływać.
A
koncerty, zakochania i sny? Czy mają ze sobą coś wspólnego?
Trawestując Brunona Schulza, odpowiem tak:
W filmie Screaming Masterpiece opowiadającym o muzycznej
scenie Islandii na początku naszego wieku, wokalista Bang Gang, Barði
Jóhannsson, tłumaczył jakość muzyki tworzonej przez islandzkie zespoły tym, że
rynek muzyczny właściwie tam nie istnieje i tym samym nie wywiera żadnej presji na twórców,
którzy nagrywają tylko taką muzykę, jaka im samym się podoba. Oraz z nadzieją, że
płytę kupi koło 200 osób, głównie znajomi i członkowie rodziny.
Tymczasem debiutanckiMy Head is an Animal zespołu Of Monster and
Man zyskał w Stanach Zjednoczonych status platynowej płyty, co oznacza ponad milion
sprzedanych kopii. Jedyną Islandką która odbierała już kiedyś platynę w USA
jest Björk. Wokalistka Of Monsters, Nanna Bryndís Hilmarsdóttir, miała na
początku 2005 roku, w dniu premiery Screaming Masterpiece, 15 lat, oraz odpowiednio 4 i 6 lat kiedy Björk dostawałą platynę w USA za Debut i Post. Ciekawe,
prawda?
Pamiętacie historię siostry Jónsiego, Sigurrós? Otóż okazuje
się, że jej zamaskowana postać widnieje na okładce debiutu londyńskiego Fanfarlo.
I jest to dopiero początek. Zdjęcie tamtej okładki wykonała inna siostra Jónsiego,
Lilja (znowu imię-kwiat). A dziś możemy oglądać teledysk zapowiadający tegoroczny
album zespołu Fanfarlo do piosenki Landlocked, w której występuje Lilja, a
który reżyserowała… kolejna siostra Jónsiego, Inga (która również nagrywała
wideoklipy do Valtari). To nie ostatnia z historii rodzinnych.
Ciekawostką jest to, że zespół Fanfarlo nie jest z Islandii.
Czemu jawnie przeczą ich wypowiedzi,
takie jak na przykład ta dotycząca albumu Let's Go Extinct, który zostanie wydany w tym roku: „What I loved about making this record was how free-flowing and
loving the whole process was. It felt like we were building our own little
world around it. We built the skeleton of it in a residential studio, then
moved to this house that had been empty for twenty years, where we built a
temporary studio. We didn't go outside for ten days, just recorded into the
night every day. These places were in remote spots in Wales and we lived
together cooking big family meals the whole time”. Czy tylko mi
przypomina to dawne historie z sesji nagraniowych zespołu Múm?
Inną arcyciekawą i siostrzaną kooperacją z Islandii jest
zespół Sísý Ey (z angielska wymawiany jako See See Ay). Siostry Elin, Elisabet
i Sigga długo szukały, aż odnalazły tego jedynego… DJ’a, niejakiego Oculusa.
Zespół skupia się na występowaniu na żywo, tam szuka inspiracji i kierunku
rozwoju. Przy okazji wychodzą im dobre single: Ain’t Got Nobody oraz Restless (w stylu
dawnego Gus Gus przełamanego Daft Punkiem, do ściągnięcia z facebookowego fanpage’u
zespołu).
I na koniec warto powrócić do Barðiego, który wspominał
również o tym, że zespoły z Islandii bardzo pomagają sobie nawzajem. Tym razem
współpraca okazała się międzynarodowa – Barði wraz z połową francuskiego duetu
Air, Jean-Benoit Dunckel, stworzyli projekt Skywalker. Szykują dopiero EPkę,
ale już debiutancki Bad Weather wiele obiecuje. Bardzo wiele.
I ostatnia ciekawostka. Naród Islandii nie rozrasta się zbytnio, nadal oscyluje wokół 300 tysięcy obywateli. Przeczytałem dziś, że na Islandii jest największy odsetek pisarzy pośród ogółu mieszkańców, co dziesiąty Islandczyk pisze powieści (do nas dochodzą głównie kryminały, ale są też i wyjątki jak "101 Reykyavik" Hallgrimura Helgasona). Gdyby dodać do tego statystyki dotyczące muzykujących Islandczyków (obejrzyjcie wreszcie Screaming Masterpiece) robi to razem piorunujące wrażenie.
Podczas gdy Bruce Springsteen stara się przekonać sam siebie, że znów tworzy coś ożywczego pozwalając Tomowi Morello na dogrywanie do odrzuconego materiału dwuminutowych solówek, panie (dziewczyny?) z Dum Dum Girls i Warpaint serwują nam dobre, klimatyczne albumy, inteligentniej budujące brzmienie na starych formach niż The Boss. „To teraz chyba kobiece zespoły są w cenie, prawda?” - stwierdził raczej niż zapytał niedawno mój przyjaciel. Nie zaprzeczyłem.
Do self-titled Warpaint podchodzę jakby był to ich debiut. Pamiętam dobrze gdy lata temu słuchałem nagrywane pewnie ”na stówę” w trzech pomieszczeniach ciasnego mieszkania (perkusja musi być zawsze w łazience, prawda?) demo Elephants, które obiecywało jakieś niezbadane, przyszłe guilty pleasures. No cóż, straciłem zespół na lata, przegapiłem The Fool z 2010, i odnalazłem zespół dopiero dziś, w dziesięć lat od walentynek będących początkiem zespołu (swoją drogą czy wszystkie „dziewczyńskie” zespoły muszą określać swój stosunek do tego „święta”? Po odpowiedź zapraszam na pewien warszawski koncert, "Walentynki w Studio": https://www.facebook.com/events/459878407468503/ ) Dziesięć lat to sporo czasu by przemyśleć/odnaleźć własną muzyczną wizję, zapytajcie chociażby Guy'a Garveya z Elbow. Warpaint nie zmarnowało tych lat.
Pierwsze, co „się rzuca na uszy” to świetne brzmienie i twórcza inspiracja. Tu nie będzie rewolucji. I w tym tkwi chyba klucz do oceny płyty, a już na pewno do oceny ukazujących się na jej temat recenzji. Krótko: produkcja Flood, mix Nigel Goodrich, wyraźne brzmienie. Perkusja i bas dominują, a wokół nich krążą plamy wokalu (malowane wodną farbką). Trip-hop spotyka się z dream popem i przełamany zostaje dobrymi post-punkowymi wzorcami (hmm... drip-hop? Od skapywania? ;)) Z pitchforkowskiego panteonu rzucają gromy: „rok 1999 już był!”. Ale ja myślę sobie w duchu, że sam Prince już dawno nas przekonał, że tonight I'm gonna party like it's 1999. Warto zaakceptować wybory zespołu i wczuć się w ten płynący, lekko transowy album.
Płyta jest trochę za długa – po trzecim odsłuchaniu odrzuciłem z playlisty Go In i Son, zostały te lepsze 43 minuty muzyki. Poetyka tekstów też pozostawia wiele do życzenia. Brakuje również piosenek - można to uznać za... zaletę albumu. Ciężko będzie przekonać kogoś do kupienia samego Love is to Die (wydanego jako singiel), ale po wysłuchaniu całości - tak właśnie chce się jej słuchać, bez dzielenia na rozdziały. Klimat pozostaje niezmienny, muzyka nie atakuje eklektyzmem, zmieniają się jedynie akcenty: Intro/ Keep Healthy przyciągają wyraźnym rytmem, Hi brzęczy basem trip-hopu, Biggy jakby lekko zagapił się na własne buty, a CC wprowadza trochę więcej mroku. Trochę inaczej brzmi Dance/Very, ale tyle samo w nim muzyki tanecznej co brudnego brzmienia wczesnego manchesterskiego post-punku, więc aż tak bardzo nie "odstaje". A Drive to naprawdę dobry closer dla tej płyty. Problem jedynie w tym, że jest utwór przedostatni.
Miałem nieszczęście przysnąć podczas pierwszego przesłuchania Warpaint (nie z nudów, a
ze zmęczenia). Nie jest to muzyka tła ani shoegeaze reaktywujących się właśnie Slowdive, przy których śpi się bajecznie (podejrzewam, że zamiast filtrów na mikrofonach stosowali indiańskie dream-catchers). Wybudziłem się z drzemki zmęczony i rozstrojony – głęboki puls płyty wdarł się łatwo w mój sen. I nie jest to wcale minus, tak jak nie jest nim przemyślane budowanie własnego brzmienia na dobrych wzorcach.
Tokyo Police Club to jeden z tych zespołów o których wiemy, że istnieją, wydają płyty i single, czasem ktoś wspomni o ciekawym teledysku, wielkich planach koncertowych, udanym występie na festiwalu... I nic ponad to. Nikt się nimi nie jara, ot najwyżej, chłopaki "z potencjałem". Notoryczni debiutanci, dobrze zapowiadający się jak polscy piłkarze młodego pokolenia, kończący po kilku latach gdzieś w niemieckiej trzeciej lidze...
Tym bardziej zdziwiła mnie informacja, że zespół od 3,5 roku nie koncertował, nie wydawał, ogłosił ciszę medialną. Jako, że nigdy nie zwracałem na nich większej uwagi, nie zauważyłem tego "zniknięcia". Zespoły z przegródki "ciągle coś tam uparcie rzeźbią" nie znikają przecież tak po prostu... A tu proszę - część z członków zespołu zrezygnowała z "normalnej" pracy i skupili się na nagrywaniu i dopieszczaniu nowego materiału. Gdyby chodziło o Arcade Fire, rodaków z Kanady, wszystko rozumiemy... Ale TPC??
Trzy lata? " Postanowiliśmy się skupić na refrenach. Praca nad zwrotkami jest czasochłonna, ale to co ludzie zapamiętują to refreny". "Praca nad melodiami sprawiła, że brzmimy teraz bardziej pop. To słychać w naszych nowych utworach". Tak można streścić niektóre wypowiedzi członków zespołu z 2013 roku.
Tymczasem zespół opublikował teledysk do niemal dziewięciominutowego tryptyku Argentina (Parts I,II,II) i okazało się, że brzmią... bardziej gitarowo. I że zrezygnowali z refrenów na rzecz rozbudowanych, melodyjnych zwrotek. Rozmach i długość utworu podpowiadają, że zapragnęli zostać jakimś "nowym kultowym zespołem" o rozbudowanej etyce i filozofii pracy nad muzycznym rzemiosłem. Brzmią dalej jednak popowo (czy też momentami pop-punkowo), eksperymentując w dosyć wąskiej przestrzeni pomiędzy słitaśnym indie a rockowymi gitarami. Mi się to jednak podoba.
Czy awansowali to wyższej ligi i ich kariera dopiero nabierze rozpędu? Przekonamy się już wkrótce, po wydaniu planowanym na pierwszy kwartał bieżącego roku następcy albumu Champ sprzed czterech lat.
The Liquid,
source: www.facebook.com/voresband/photos_stream
Gdyby spytać się w pierwszych dniach stycznia "Gdzie paczysz?", większość z nas odpowiedziałaby z pewnością: "W przyszłość paczę!". Postanowienia noworoczne, plany jak nie przegrać życia, karnety na siłownię itd., pozwalają nam odwrócić się do przeszłości plecami. Częściowo to wystarcza, głowa nie kręci się jeszcze na boki, a trzecie oko i tak patrzy tylko w wieczność. Uszu jednak zamknąć się nie da, nawet jeżeli to tylko słabe echo końca poprzedniego roku.
Dziennikarstwo muzyczne podsumowało już poprzedni rok, niektóre listy top-albumów za 2013 mogliśmy przeglądać na "offowych majorsach" już w pierwszej połowie grudnia. Ale jak tu się dostać na taką listę jeżeli jest się debiutantem (choć "niewczesnym"), a płytę wydaje się 27 listopada w niewielkiej, niezależnej wytwórni w Danii?
Dania? Gdybym potrafił być zabawny, czytalibyście właśnie jakiś przyciężkawy żart o klockach Lego. Ale nie jestem. I choć album Atlas Interplan to rzeczywiście poskładane z wyobraźnią klocki, które już dobrze znamy, naprawdę nie nudzi. Nikolaj Stochholm, duński poeta (czyli kto?) o "duszy punkowca" (i tu warto zastanowić się czy punkowcy mają duszę? Bo jeżeli ktoś świadomie wybiera "lepszą zabawę" w piekle niż niebiański spokój - przynajmniej ci punkowcy, których jakoś tam znam - to czy nie jest on już poza dobrem i złem, poza wagą na której duszę się waży? Zdaje mi się, że brudna dusza punkowca, która z brudu przykleja się do kości i ciała, idzie wraz z trupem punkowca do piachu), założył w 2012 roku wraz z dwoma kumplami "po czterdziestce". I w zeszłym roku wydał płytę, której słucham non-stop już od dobrej trzeciej części doby. Panie i Panowie, The Liquid! Więcej już wkrótce...
W roku 1994 zaistniały choćby takie trzy wydarzenia: w podsumowaniu rocznym Billboardu Hot 100 w pierwszej dziesiątce znalazły się aż trzy piosenki Ace of Base, urodziła się Sigurrós Elín Birgisdjóttir, a jej brat Jón, nazywany przez wszystkich po prostu Jónsi, założył wraz z dwoma kumplami zespół Sigur Rós. Wynik Ace of Base jest "piękną" przeszłością, piękną, bo słusznie minioną. Sigurrós jest dziś, sądząc po jej profilu na fejsie, miłą, europejską nastolatką (zdjęcie z Kevinem Baconem pokazuje, że być może nie taką "zwyczajną"), która na zdjęciu profilowym pozuje uśmiechnięta wraz z bratem. A zespół? No cóż, przez dwadzieścia lat istnienia zmienił kilku osobom ich muzyczny świat. Muzyka Sigur Rós była już ciszą, modlitwą, oddechem, płaczem, krzykiem na morzu. Dla krytyków rozbeczana i sentymentalna, nazbyt pompatyczna. Ale coś jest na rzeczy, skoro zespół z małej Islandii nie nagrywający piosenek w formacie radiowym i nie wyśpiewywanych po angielsku, doczekał się takiego uznania, popularności i aktywnej inspiracji. A Jónsi, ze swoim smyczkiem przy gitarze, jest jedną z tych cichych, półprzezroczystych ikon piękniejszego tła popkultury. Od "wybuchu" Ágætis byrjun w 2010 (wydanego w 1999) Sigur Rós zdążyli wymyślić się na nowo już kilka razy. Przed rokiem, gdy od zespołu odchodził Kjartan Svensson, pytania o przyszłość (teraz już) tria poruszyły wyobraźnię fanów i dziennikarzy muzycznych. Ale zespół wrócił mocny świetnym albumem Kveikur, na którym bardziej dosadna rytmika i nowe dla zespołu emocje pozwoliły zagrać inaczej i jednocześnie grać swoje. W podsumowaniach roku płyta nie zajmuje wyłącznie najbardziej eksponowanych, ale gdy pozwalam sobie na eksperyment myślowy i sprawiam, że Kveikur to dzieło debiutantów... Oj, zamieszanie okazuje się podobne do tego z roku 2000. Sigur Rós obchodzą dziś dwudziestolecie istnienia. Wszystkiego dobrego! Takk Sigur Rós!