piątek, 31 stycznia 2014

Muzyczne nowości z Islandii (czyli z końca świata i okolic)



W filmie Screaming Masterpiece opowiadającym o muzycznej scenie Islandii na początku naszego wieku, wokalista Bang Gang, Barði Jóhannsson, tłumaczył jakość muzyki tworzonej przez islandzkie zespoły tym, że rynek muzyczny właściwie tam nie istnieje i tym samym nie wywiera żadnej presji na twórców, którzy nagrywają tylko taką muzykę, jaka im samym się podoba. Oraz z nadzieją, że płytę kupi koło 200 osób, głównie znajomi i członkowie rodziny.

Tymczasem  debiutancki  My Head is an Animal zespołu Of Monster and Man zyskał w Stanach Zjednoczonych status platynowej płyty, co oznacza ponad milion sprzedanych kopii. Jedyną Islandką która odbierała już kiedyś platynę w USA jest Björk. Wokalistka Of Monsters, Nanna Bryndís Hilmarsdóttir, miała na początku 2005 roku, w dniu premiery Screaming Masterpiece, 15 lat, oraz odpowiednio 4 i 6 lat kiedy Björk dostawałą platynę w USA za Debut i Post. Ciekawe, prawda? 

Pamiętacie historię siostry Jónsiego, Sigurrós? Otóż okazuje się, że jej zamaskowana postać widnieje na okładce debiutu londyńskiego Fanfarlo. I jest to dopiero początek. Zdjęcie tamtej okładki wykonała inna siostra Jónsiego, Lilja (znowu imię-kwiat). A dziś możemy oglądać teledysk zapowiadający tegoroczny album zespołu Fanfarlo do piosenki Landlocked, w której występuje Lilja, a który reżyserowała… kolejna siostra Jónsiego, Inga (która również nagrywała wideoklipy do Valtari). To nie ostatnia z historii rodzinnych.



Ciekawostką jest to, że zespół Fanfarlo nie jest z Islandii. Czemu jawnie przeczą ich wypowiedzi, takie jak na przykład ta dotycząca albumu Let's Go Extinct, który zostanie wydany w tym roku: „What I loved about making this record was how free-flowing and loving the whole process was. It felt like we were building our own little world around it. We built the skeleton of it in a residential studio, then moved to this house that had been empty for twenty years, where we built a temporary studio. We didn't go outside for ten days, just recorded into the night every day. These places were in remote spots in Wales and we lived together cooking big family meals the whole time”. Czy tylko mi przypomina to dawne historie z sesji nagraniowych zespołu Múm?

Inną arcyciekawą i siostrzaną kooperacją z Islandii jest zespół Sísý Ey (z angielska wymawiany jako See See Ay). Siostry Elin, Elisabet i Sigga długo szukały, aż odnalazły tego jedynego… DJ’a, niejakiego Oculusa. Zespół skupia się na występowaniu na żywo, tam szuka inspiracji i kierunku rozwoju. Przy okazji wychodzą im dobre single: Ain’t Got Nobody oraz Restless (w stylu dawnego Gus Gus przełamanego Daft Punkiem, do ściągnięcia z facebookowego fanpage’u zespołu).



I na koniec warto powrócić do Barðiego, który wspominał również o tym, że zespoły z Islandii bardzo pomagają sobie nawzajem. Tym razem współpraca okazała się międzynarodowa – Barði wraz z połową francuskiego duetu Air, Jean-Benoit Dunckel, stworzyli projekt Skywalker. Szykują dopiero EPkę, ale już debiutancki Bad Weather wiele obiecuje. Bardzo wiele. 



I ostatnia ciekawostka. Naród Islandii nie rozrasta się zbytnio, nadal oscyluje wokół 300 tysięcy obywateli. Przeczytałem dziś, że na Islandii jest największy odsetek pisarzy pośród ogółu mieszkańców, co dziesiąty Islandczyk pisze powieści (do nas dochodzą głównie kryminały, ale są też i wyjątki jak "101 Reykyavik" Hallgrimura Helgasona). Gdyby dodać do tego statystyki dotyczące muzykujących Islandczyków (obejrzyjcie wreszcie Screaming Masterpiece) robi to razem piorunujące wrażenie. 


Mjög vel gert!
   




środa, 29 stycznia 2014

Płyta miesiąca (styczeń 2014): Warpaint - Warpaint

Podczas gdy Bruce Springsteen stara się przekonać sam siebie, że znów tworzy coś ożywczego pozwalając Tomowi Morello na dogrywanie do odrzuconego materiału dwuminutowych solówek, panie (dziewczyny?) z Dum Dum Girls i Warpaint serwują nam dobre, klimatyczne albumy, inteligentniej budujące brzmienie na starych formach niż The Boss. „To teraz chyba kobiece zespoły są w cenie, prawda?” - stwierdził raczej niż zapytał niedawno mój przyjaciel. Nie zaprzeczyłem.

Do self-titled Warpaint podchodzę jakby był to ich debiut. Pamiętam dobrze gdy lata temu słuchałem nagrywane pewnie ”na stówę” w trzech pomieszczeniach ciasnego mieszkania (perkusja musi być zawsze w łazience, prawda?) demo Elephants, które obiecywało jakieś niezbadane, przyszłe guilty pleasures. No cóż, straciłem zespół na lata, przegapiłem The Fool z 2010, i odnalazłem zespół dopiero dziś, w dziesięć lat od walentynek będących początkiem zespołu (swoją drogą czy wszystkie „dziewczyńskie” zespoły muszą określać swój stosunek do tego „święta”? Po odpowiedź zapraszam na pewien warszawski koncert, "Walentynki w Studio": https://www.facebook.com/events/459878407468503/ ) Dziesięć lat to sporo czasu by przemyśleć/odnaleźć własną muzyczną wizję, zapytajcie chociażby Guy'a Garveya z Elbow. Warpaint nie zmarnowało tych lat.

Pierwsze, co „się rzuca na uszy” to świetne brzmienie i twórcza inspiracja. Tu nie będzie rewolucji. I w tym tkwi chyba klucz do oceny płyty, a już na pewno do oceny ukazujących się na jej temat recenzji. Krótko: produkcja Flood, mix Nigel Goodrich, wyraźne brzmienie. Perkusja i bas dominują, a wokół nich krążą plamy wokalu (malowane wodną farbką). Trip-hop spotyka się z dream popem i przełamany zostaje dobrymi post-punkowymi wzorcami (hmm... drip-hop? Od skapywania? ;)) Z pitchforkowskiego panteonu rzucają gromy: „rok 1999 już był!”. Ale ja myślę sobie w duchu, że sam Prince już dawno nas przekonał, że tonight I'm gonna party like it's 1999. Warto zaakceptować wybory zespołu i wczuć się w ten płynący, lekko transowy album.

Płyta jest trochę za długa – po trzecim odsłuchaniu odrzuciłem z playlisty Go In i Son, zostały te lepsze 43 minuty muzyki. Poetyka tekstów też pozostawia wiele do życzenia. Brakuje również piosenek - można to uznać za... zaletę albumu. Ciężko będzie przekonać kogoś do kupienia samego Love is to Die (wydanego jako singiel), ale po wysłuchaniu całości - tak właśnie chce się jej słuchać, bez dzielenia na rozdziały. Klimat pozostaje niezmienny, muzyka nie atakuje eklektyzmem, zmieniają się jedynie akcenty: Intro/ Keep Healthy przyciągają wyraźnym rytmem, Hi brzęczy basem trip-hopu, Biggy jakby lekko zagapił się na własne buty, a CC wprowadza trochę więcej mroku. Trochę inaczej brzmi Dance/Very, ale tyle samo w nim muzyki tanecznej co brudnego brzmienia wczesnego manchesterskiego post-punku, więc aż tak bardzo nie "odstaje". A Drive to naprawdę dobry closer dla tej płyty. Problem jedynie w tym, że jest utwór przedostatni.

Miałem nieszczęście przysnąć podczas pierwszego przesłuchania Warpaint (nie z nudów, a
ze zmęczenia). Nie jest to muzyka tła ani shoegeaze reaktywujących się właśnie Slowdive, przy których śpi się bajecznie (podejrzewam, że zamiast filtrów na mikrofonach stosowali indiańskie dream-catchers). Wybudziłem się z drzemki zmęczony i rozstrojony – głęboki puls płyty wdarł się łatwo w mój sen. I nie jest to wcale minus, tak jak nie jest nim przemyślane budowanie własnego brzmienia na dobrych wzorcach.

Ocena: "Trąba do góry, jest naprawdę dobrze!"


czwartek, 9 stycznia 2014

Tokyo Police Club - Argentina (Parts I,II,III)

source: www.thewildhoneypie.com

Tokyo Police Club to jeden z tych zespołów o których wiemy, że istnieją, wydają płyty i single, czasem ktoś wspomni o ciekawym teledysku, wielkich planach koncertowych, udanym występie na festiwalu... I nic ponad to. Nikt się nimi nie jara, ot najwyżej, chłopaki "z potencjałem". Notoryczni debiutanci, dobrze zapowiadający się jak polscy piłkarze młodego pokolenia, kończący po kilku latach gdzieś w niemieckiej trzeciej lidze...

Tym bardziej zdziwiła mnie informacja, że zespół od 3,5 roku nie koncertował, nie wydawał, ogłosił ciszę medialną. Jako, że nigdy nie zwracałem na nich większej uwagi, nie zauważyłem tego "zniknięcia". Zespoły z przegródki "ciągle coś tam uparcie rzeźbią" nie znikają przecież tak po prostu... A tu proszę - część z członków zespołu zrezygnowała z "normalnej" pracy i skupili się na nagrywaniu i dopieszczaniu nowego materiału. Gdyby chodziło o Arcade Fire, rodaków z Kanady, wszystko rozumiemy... Ale TPC??

Trzy lata? " Postanowiliśmy się skupić na refrenach. Praca nad zwrotkami jest czasochłonna, ale to co ludzie zapamiętują to refreny". "Praca nad melodiami sprawiła, że brzmimy teraz bardziej pop. To słychać w naszych nowych utworach". Tak można streścić niektóre wypowiedzi członków zespołu z 2013 roku.
Tymczasem zespół opublikował teledysk do niemal dziewięciominutowego tryptyku Argentina (Parts I,II,II)  i okazało się, że brzmią... bardziej gitarowo. I że zrezygnowali z refrenów na rzecz rozbudowanych, melodyjnych zwrotek. Rozmach i długość utworu podpowiadają, że zapragnęli zostać jakimś "nowym kultowym zespołem" o rozbudowanej etyce i filozofii pracy nad muzycznym rzemiosłem. Brzmią dalej jednak popowo (czy też momentami pop-punkowo), eksperymentując w dosyć wąskiej przestrzeni pomiędzy słitaśnym indie a rockowymi gitarami. Mi się to jednak podoba.

Czy awansowali to wyższej ligi i ich kariera dopiero nabierze rozpędu? Przekonamy się już wkrótce, po wydaniu planowanym na pierwszy kwartał bieżącego roku następcy albumu Champ sprzed czterech lat.

http://www.youtube.com/watch?v=4MG6rKuCfyo

niedziela, 5 stycznia 2014

The Liquid - brudne "chłopaki" duńskiego rocka

The Liquid,
source: www.facebook.com/voresband/photos_stream
Gdyby spytać się w pierwszych dniach stycznia "Gdzie paczysz?", większość z nas odpowiedziałaby z pewnością: "W przyszłość paczę!". Postanowienia noworoczne, plany jak nie przegrać życia, karnety na siłownię itd., pozwalają nam odwrócić się do przeszłości plecami. Częściowo to wystarcza, głowa nie kręci się jeszcze na boki, a trzecie oko i tak patrzy tylko w wieczność. Uszu jednak zamknąć się nie da, nawet jeżeli to tylko słabe echo końca poprzedniego roku.

Dziennikarstwo muzyczne podsumowało już poprzedni rok, niektóre listy top-albumów za 2013 mogliśmy przeglądać na "offowych majorsach" już w pierwszej połowie grudnia. Ale jak tu się dostać na taką listę jeżeli jest się debiutantem (choć "niewczesnym"), a płytę wydaje się 27 listopada w niewielkiej, niezależnej wytwórni w Danii?

Dania? Gdybym potrafił być zabawny, czytalibyście właśnie jakiś przyciężkawy żart o klockach Lego. Ale nie jestem. I choć album Atlas Interplan to rzeczywiście poskładane z wyobraźnią klocki, które już dobrze znamy, naprawdę nie nudzi. Nikolaj Stochholm, duński poeta (czyli kto?) o "duszy punkowca" (i tu warto zastanowić się czy punkowcy mają duszę? Bo jeżeli ktoś świadomie wybiera "lepszą zabawę" w piekle niż niebiański spokój - przynajmniej ci punkowcy, których jakoś tam znam - to czy nie jest on już poza dobrem i złem, poza wagą na której duszę się waży? Zdaje mi się, że brudna dusza punkowca, która z brudu przykleja się do kości i ciała, idzie wraz z trupem punkowca do piachu), założył w 2012 roku wraz z dwoma kumplami "po czterdziestce". I w zeszłym roku wydał płytę, której słucham non-stop już od dobrej trzeciej części doby. Panie i Panowie, The Liquid! Więcej już wkrótce...

Na allscandinavian.com prawie połowa albumu do odsłuchania. Hang On, To You. Stop! na dobry początek!
http://allscandinavian.com/9890/the-liquid-atlas-interplan/  

sobota, 4 stycznia 2014

Dwudziestolecie Sigur Rós


W roku 1994 zaistniały choćby takie trzy wydarzenia: w podsumowaniu rocznym Billboardu Hot 100 w pierwszej dziesiątce znalazły się aż trzy piosenki Ace of Base, urodziła się Sigurrós Elín Birgisdjóttir, a jej brat Jón, nazywany przez wszystkich po prostu Jónsi, założył wraz z dwoma kumplami zespół Sigur Rós. Wynik Ace of Base jest "piękną" przeszłością, piękną, bo słusznie minioną. Sigurrós jest dziś, sądząc po jej profilu na fejsie, miłą, europejską nastolatką (zdjęcie z Kevinem Baconem pokazuje, że być może nie taką "zwyczajną"), która na zdjęciu profilowym pozuje uśmiechnięta wraz z bratem. 

A zespół? No cóż, przez dwadzieścia lat istnienia zmienił kilku osobom ich muzyczny świat. Muzyka Sigur Rós była już ciszą, modlitwą, oddechem, płaczem, krzykiem na morzu. Dla krytyków rozbeczana i sentymentalna, nazbyt pompatyczna. Ale coś jest na rzeczy, skoro zespół z małej Islandii nie nagrywający piosenek w formacie radiowym i nie wyśpiewywanych po angielsku, doczekał się takiego uznania, popularności i aktywnej inspiracji. A Jónsi, ze swoim smyczkiem przy gitarze, jest jedną z tych cichych, półprzezroczystych ikon piękniejszego tła popkultury. 

Od "wybuchu" Ágætis byrjun w 2010 (wydanego w 1999) Sigur Rós zdążyli wymyślić się na nowo już kilka razy. Przed rokiem, gdy od zespołu odchodził Kjartan Svensson, pytania o przyszłość (teraz już) tria poruszyły wyobraźnię fanów i dziennikarzy muzycznych. Ale zespół wrócił mocny świetnym albumem Kveikur, na którym bardziej dosadna rytmika i nowe dla zespołu emocje pozwoliły zagrać inaczej i jednocześnie grać swoje. W podsumowaniach roku płyta nie zajmuje wyłącznie najbardziej eksponowanych, ale gdy pozwalam sobie na eksperyment myślowy i sprawiam, że Kveikur to dzieło debiutantów... Oj, zamieszanie okazuje się podobne do tego z roku 2000.

Sigur Rós obchodzą dziś dwudziestolecie istnienia. Wszystkiego dobrego!
Takk Sigur Rós!